Voltaire

Białe i czarne

1764

 

tłum. Tadeusz Boy-Żeleński


Białe i czarne

(1764)

Wszyscy w prowincji Kandahar znają przygodę młodego Rustana. Był to jedyny syn miejscowego mirzy; coś jak u nas margrabia, a baron u Niemców. Mirza, jego ojciec, posiadał ładny majątek. Młody Rustan miał się żenić z jakąś panienką czy mirzówną tej samej rangi. Obie rodziny pragnęły tego gorąco. Miał się stać pociechą rodziców, dać żonie szczęście i samemu znaleźć je przy niej.

Ale, nieszczęściem, ujrzał księżniczkę Kaszmiru na jarmarku w Kabul. Jest to jarmark o wiele bardziej uczęszczany niż jarmarki w Bassorze i Astrachanie; a oto czemu stary książę Kaszmiru przybył nań ze swoją córką.

Stracił dwie najrzadsze sztuki ze swego skarbca: jedna, to diament wielkości kciuka; na diamencie tym wyryto obraz jego z całym kunsztem, który Hindusi poosiadali wówczas i który się później zatracił; drugą był dziryt, który sam z siebie bieżał, gdzie się chciało: rzecz dość pospolita u nas, ale niezwykła w Kaszmirze.

Fakir jego Wysokości skradł te dwa klejnoty i przyniósł je księżniczce.

— Pilnuj troskliwie tych cacek — rzekł — los twój od tego zależy.

Odszedł i już go nie widziano. Książę Kaszmiru, w rozpaczy, postanowił sprawdzić na jarmarku w Kabul, czy wśród kupców ściągających tam ze wszystkich stron świata nie znajdzie się taki, który znalazł jego broń i diament. Zwykł był brać z sobą córkę w każdą podróż. Miała diament dobrze schowany w zapasce; co się tyczy dzirytu, nie mogąc go tak dobrze ukryć, schowała go troskliwie w Kaszmirze w wielkim chińskim kufrze.

Rustan i ona ujrzeli się w Kabul; pokochali się z całą szczerością swego wieku, z całą namiętnością tamtejszego klimatu. Jako zakładnik miłości księżniczka dała mu swój diament, kiedy zaś odjeżdżała, Rustan przyrzekł odwiedzić ją tajemnie w Kaszmirze.

Młody mirza miał dwóch ulubieńców, którzy mu służyli za sekretarzy, koniuszych, marszałków dworu i pokojowców. Jeden nazywał się Topaz: był piękny, kształtny, biały jak Czerkieska, łagodny i usłużny jak Armeńczyk, roztropny jak Grek. Drugi zwał się Heban: był to bardzo ładny Murzyn, żywszy, obrotniejszy niż Topaz; nic dlań nie było za trudne. Rustan zwierzył im swój zamiar. Topaz silił się odwieść go perswazją, jak sługa, który nierad sprzeciwia się panu; przedstawiał mu wszystko, na co się waży. Czy godzi się pogrążyć dwie rodziny w rozpaczy? wbijać nóż w serce rodziców? Zachwiał Rustana w zamyśle, ale Heban umocnił go i usunął wszystkie skrupuły.

Młody człowiek nie miał pieniędzy na tak długą podróż; roztropny Topaz nie byłby mu się starał o pożyczkę; Heban zaradził na to. Ściągnął zręcznie diament swego pana, kazał sporządzić zupełnie podobny, który włożył na miejsce tego, prawdziwy zaś dał w zastaw jakiemuś Ormianinowi za kilka tysięcy rupij.

Skoro młody margrabia miał rupie w kieszeni, wnet przygotowano wszystko do wyjazdu. Obarczono słonia pakunkami; oni siedli na koniec. Topaz rzekł:

— Pozwoliłem sobie odwodzić pana od zamiaru, ale powiedziawszy swoje winienem słuchać; jestem pańskim sługą, kocham pana, pójdę za panem na kraj świata. Ale poradzimy się w drodze wyroczni, która jest o dwie mile stąd.

Rustan zgodził się. Wyrocznia odpowiedziała: — Jeżeli pójdziesz na wschód, znajdziesz się na zachodzie.

Rustan zgoła nie rozumiał tej odpowiedzi. Topaz twierdził, że nie zawiera ona nic dobrego. Heban, zawsze usłużny, tłumaczył ją pomyślnie.

Była jeszcze druga wyrocznia, w Kabul; udali się do niej. Wyrocznia odpowiedziała: — Jeżeli posiędziesz, nie będziesz posiadał; jeśli będziesz zwycięzcą, nie zwyciężysz; jeśliś jest Rustan, nie będziesz Rustanem.

Ta wyrocznia zdała się jeszcze ciemniejsza od tamtej.

— Uważaj, panie — powiadał Topaz.

— Nic się pan nie bój — zapewniał Heban: i ten sługa, jak można się domyślać, miał zawsze słuszność w oczach pana, ile że podsycał jego żądzę i nadzieję.

Opuściwszy Kabul jechali borem; siedli na trawie, aby się pokrzepić i popaść konie. Już miano zdjąć juki ze słonia, który niósł obiad i nakrycie, kiedy się okazało, że Topaz i Heban znikli. Wołają ich, las rozbrzmiewa imionami Hebana i Topaza. Służba szuka na wszystkie strony i napełnia las wołaniem: ani widu, ani słychu. — Widzieliśmy — powiadają Rustanowi — jedynie sępa, który bił się z orłem i wydzierał mu pióra.

Opis tej walki obudził ciekawość Rustana; udał się pieszo na wskazane miejsce, nie ujrzał ani sępa, ani orła, ale ujrzał swego słonia, jeszcze objuczonego tobołami, na którego nacierał wielki nosorożec. Jeden uderzał rogiem, drugi trąbą. Na widok Rustana nosorożec ustąpił pola; odprowadzono do obozu słonia, ale okazało się, że konie znikły. — Dziwne rzeczy zdarzają się w lesie w czasie podróży! — krzyknął Rustan. Służba rozglądała się wylękniona, pan zaś był w rozpaczy, iż stracił równocześnie konie, swego drogiego Murzyna i roztropnego Topaza, którego lubił zawsze, mimo że nigdy nie był jego zdania.

Pocieszał się nadzieją, że znajdzie się niebawem u stóp księżniczki Kaszmiru, kiedy spotkał dużą zebrę, którą groźny pachołek okładał rzęsiście kijem. Nie masz nic piękniejszego, rzadszego, chybszego w biegu nad taką zebrę. Na ciosy gbura zwierzę odpowiadało wierzganiem zdolnym wyrwać drzewo z korzeniami. Młody mirza wziął stronę zebry, ile że było to śliczne bydlątko. Pachoł uciekł mówiąc do zebry: — Zapłacisz mi za to.— Czworonóg podziękował wybawcy w swoim języku, zbliżył się, dał się popieścić i odwzajemnił pieszczoty. Rustan, podjadłszy, siada na zebrę i wędruje do Kaszmiru wraz ze sługami, którzy dążyli za nim, jedni pieszo, drudzy na słoniu. Zaledwie dosiadł zebry, zwierzę, miast dążyć do Kaszmiru, nawróciło do Kabul. Darmo jeździec ściąga cugle, ściska kolana, bodzie ostrogą, zwalnia cugle, znów ciągnie, okłada trzciną, uparte zwierzę biegnie wciąż do Kabul.

Rustan poci się, miota, wpada w rozpacz; naraz spotyka handlarza wielbłądów, który powiada:

— Widzę, że masz bardzo niesfornego wierzchowca, który cię niesie gdzie indziej, niż pragniesz; jeśli mi ustąpić tę zebrę, dam ci jednego z moich czterech wielbłądów do wyboru.

Rustan dziękuje Opatrzności, że mu zsyła tak korzystną zamianę. — Jakże się mylił Topaz — powiada — wróżąc, że moja podróż będzie nieszczęśliwa. — Siada na najpiękniejszego wielbłąda, trzy inne dążą za nim; dogania swoją karawanę w przeświadczeniu, iż bieży prosto ku szczęściu.

Ledwie ujechał cztery perskie mile, zatrzymał go szeroki i bystry potok spadający ze skał białych od piany. Oba brzegi tworzyły strome przepaście, od których widoku wzrok się ćmił i serce mdlało. Żadnego sposobu, aby przebyć potok, żadnej drogi na prawo ani na lewo. — Zaczynam się obawiać — rzekł Rustan — że Topaz słusznie ganił moją podróż i że źlem uczynił podejmując ją. Gdybym miał Hebana, pocieszyłby mnie, znalazłby jaki sposób; ale wszystkiego mi zbywa.

Pomięszanie małej gromadki zdwoiło jeszcze jego kłopot. Zapadła ciemna noc; spędzili ją na lamentach. Wreszcie zmęczenie i smutek uśpiły zakochanego wędrowca. Budzi się o świcie i widzi piękny marmurowy most.

Wykrzykom, zdumieniu i radości nie było końca. — Czy podobna? czy to sen? co za cud! co za czary! czy odważymy się przejechać! — Cała gromadka klęka, to znów wstaje, zbliża się do mostu, całuje ziemię, spogląda w niebo, wyciąga ręce, stawia nogę ze drżeniem, postępując cofa się, staje w zachwycie; a Rustan powtarza: — Tym razem niebo mi sprzyja, Topaz plótł byle co; wyrocznie były życzliwe; Heban miał słuszność, ale czemu go tu nie ma!

Ledwie gromadka przebyła strumień, most wali się ze straszliwym hałasem. — Szczęście! szczęście! — wykrzyknął Rustan — Bogu niech będzie chwała! Niebo niech będzie pobłogosławione! Nie chce, abym wracał do ojczyzny, gdzie byłbym zwykłym szlachcicem; chce, bym zaślubił przedmiot mej miłości: będę księciem Kaszmiru; w ten sposób, posiadając ukochaną, nie będę posiadał mego małego lenna w Kandaharze; będę Rustanem i nie będę, bo zostanę wielkim władcą. Oto znaczna część wyroczni tłumaczy się jasno na mą korzyść; reszt spełni się tak samo. Szczęście, szczęście! Ale czemu nie ma przy mnie Hebana? Żal mi go tysiąc razy więcej niż Topaza.

Przebył jeszcze kilka mil bardzo wesoły, ale u schyłku dnia pasmo gór stromszych niż mur forteczny a wyższych od wieży Babel (gdyby była skończona) zamknęło drogę wylękłej karawanie.

Wszyscy krzyknęli: — Bóg chce, abyśmy zginęli tutaj! Strzaskał most jedynie po to, aby nam odjąć nadzieję powrotu, wzniósł górę, aby nam przeciąć drogę. O Rustanie, o nieszczęsny margrabio! nie ujrzymy nigdy Kaszmiru! nie wrócimy do Kandahar!

Piekący ból, przygnębienie zajęły w duszy Rustana miejsce nieumiarkowanej radości i nadziei. Już nie tłumaczył proroctw na swoją korzyść. — O nieba! Boże miłosierny! czemuż straciłem swego wiernego Topaza.

Gdy wymawia te słowa wydając westchnienia i lejąc łzy wobec zrozpaczonych sług, góra otwiera się nagle u podstawy: długi sklepiony korytarz, oświecony setką tysięcy pochodni, ukazuje się olśnionym oczom. Rustan wydaje krzyk, ludzie jego padają na kolana, przeginają się ze zdumieniem wstecz, krzycząc: — Cud! — i powiadając: — Rustan jest ulubieńcem Wisznu, ukochanym przez Brahmę, będzie panem świata.

Sam Rustan wierzył w to; był jak nieprzytomny, w głowie mu się kręciło. — Ach, Hebanie, drogi Hebanie, gdzieżeś jest? Czemu nie jesteś świadkiem tych cudów? W jaki sposób cię straciłem? Piękna księżniczko, kiedyż ujrzę twoje wdzięki?

Zapuścił się ze służbą, słoniem, wielbłądami, w skalisty korytarz; przebywszy go znalazł się na łące usianej kwiatami, okolonej strumieniem; na skraju widniały cieniste aleje; na końcu tych alei rzeka, nad nią setki ślicznych domków wśród rozkosznych ogrodów. Rustan słyszy wszędzie dźwięki głosów, instrumentów; widzi pląsy, spieszy przebyć most rzucony przez rzekę, pyta pierwszego napotkanego człowieka, co to za kraj.

Zagadnięty odpowiada: — Jesteś w krainie Kaszmiru; widzisz mieszkańców oddanych weselu i uciechom. Obchodzimy wesele naszej pięknej księżniczki; wychodzi za pana Barbabu, któremu ojciec ją przyrzekł. Niech ich Bóg darzy wiecznotrwałym szczęściem!

Na te słowa Rustan padł zemdlony; szlachcic kaszmirski myślał, że cierpi na wielką chorobę[1]; kazał go zanieść do swego domu, gdzie Rustan długo leżał bez zmysłów. Posłano po dwóch najbieglejszych lekarzy: zmacali puls chorego, który odzyskawszy nieco przytomności, szlochał, przewracał oczami i wołał co chwilę: — Topazie! Topazie! jakżeś miał słuszność!

Jeden z lekarzy rzekł do kaszmirskiego szlachcica: — Poznaję z akcentu, że ten młodzieniec jest z Kandahar; klimat tego kraju nie służy mu, trzeba go odesłać do domu. Widzę z jego oczu, że oszalał; powierzcie mi go, odwiozę go do ojczyzny i uleczę go.

Drugi lekarz twierdził, że jest chory tylko ze zgryzoty; że trzeba go zawieźć na wesele księżniczki i dać mu się wytańczyć. Podczas gdy się naradzali, chory odzyskał siły. Odprawiono lekarzy i Rustan został z gospodarzem.

— Panie — rzekł — daruj, żem zemdlał w twojej obecności; wiem, że to niegrzecznie; błagam, chciej przyjąć mego słonia w odpłatą względów, którymi mnie zaszczyciłeś.

Opowiedział następnie swoje przygody, nie wspominając wszelako nic o celu podróży. — Ale, w imię Wisznu i Brahmy — rzekł — powiedz mi, kto jest ów szczęsny Barbabu, który zaślubia księżniczkę, czemu ojciec jej wybrał go za zięcia i czemu księżniczka go przyjęła?

— Cudzoziemcze — rzekł mieszkaniec Kaszmiru — księżniczka zgoła nie przyjęła Barbabu; przeciwnie, zalewa się łzami, gdy cały kraj obchodzi jej wesele; zamknęła się w wieży i nie chce ani widzieć zabaw, które dla niej zgotowano.

Słysząc to Rustan uczuł, że życie mu wraca; rumieńce, które spłoszyła boleść, wystąpiły znów na twarz. — Powiedzcie mi, proszę, czemu książę Kaszmiru upiera się wydać córkę za jakiegoś Barbabu, skoro ona go nie chce?

— Czemu? — odparł gospodarz. — Czy wiadomo ci, że nasz dostojny książę zgubił wielki diament oraz dziryt, na których mu bardzo zależało?

— Wiem, oczywiście — rzekł Rustan.

— Dowiedz się tedy, że nasz książę, w rozpaczy, że nie ma wieści o swoich klejnotach, naszukawszy się ich długo po całej ziemi, przyrzekł córkę temu, kto mu odniesie jeden lub drugi. Przybył Barbabu niosąc diament i jutro ma zaślubić księżniczkę.

Rustan zbladł, wyjąkał coś, pożegnał gospodarza i pomknął na dromaderze do stolicy, gdzie miała się odbyć uroczystość. Przybywa do pałacu, powiada, że ma zwierzyć ważne rzeczy, prosi o wysłuchanie. Odpowiadają mu, że książę jest zajęty przygotowaniami do wesela. — Właśnie dlatego — odpowiada — chcę z nim mówić.

— Najjaśniejszy — mówi — niechaj Bóg wieńczy wszystkie twoje dni chwałą i wspaniałością! zięć twój jest hultajem. — Jak to hultajem! Jak śmiesz? Czy tak się mówi do księcia Kaszmiru o zięciu, którego wybrał?

— Tak, hultajem — odparł Rustan — i aby tego dowieść Waszej Dostojności, oto twój diament.

Książę, zdumiony, porównuje oba diamenty, że zaś nie znał się na tym ani trochę, nie mógł powiedzieć, który jest prawdziwy.

— Oto dwa diamenty — rzekł — a mam tylko jedną córkę; jestem w straszliwym kłopocie.

Kazał wezwać Barbabu i spytał, czy go nie oszukał. Barbabu przysiągł, że kupił diament od Ormianina; drugi zalotnik nie powiedział, od kogo ma swój, ale ofiarował próbę; mianowicie, aby Jego Dostojość pozwoliła mu się bić z rywalem.

— To nie dość, panie, że twój zięć dał diament, trzeba także, aby dał dowody męstwa: czy nie uważasz za właściwe, aby ten, który zabije drugiego, zaślubił księżniczkę?

— Bardzo właściwe — odparł książę — to będzie śliczne widowisko dla dworu; bijcież się prędko; zwycięzca weźmie zbroję zwyciężonego, wedle zwyczajów kaszmirskich, i zaślubi moją córkę.

Natychmiast dwaj pretendenci zeszli na dziedziniec. Na schodach była sroka i kruk. Kruk krzyczał:— bij się, bij się! — sroka: — nie bij się, nie bij się! — Rozśmieszyło to księcia; dwaj rywale ledwie zwrócili na to uwagę: rozpoczęli walkę; dworzanie otoczyli ich kołem. Księżniczka, wciąż siedząc w wieży, nie chciała być świadkiem widowiska; nie domyślała się zgoła, że jej ukochany jest w Kaszmirze, miała zaś taki wstręt do Barbabu, że nie chciała nic widzieć. Walka odbyła się po formie; Barbabu padł trupem, czym lud był zachwycony, bo Barbabu był brzydki, a Rustan bardzo piękny; oto, co prawie zawsze rozstrzyga o sympatii ludu.

Zwycięzca oblókł drucianą koszulkę, szarfę i kask zwyciężonego i udał się, w otoczeniu całego dworu, przy dźwięku trąb, pod okna księżniczki. Wszystko krzyczy: — Piękna księżniczko, przyjdź zobaczyć swego pięknego małżonka, który zabił szpetnego rywala! — dworki powtarzają te słowa. Księżniczka wyjrzała, na nieszczęście, oknem: widząc zbroję człowieka, którego nienawidziła, pobiegła zrozpaczona do chińskiego kufra i dobyła nieszczęsny dziryt, który przebił jej drogiego Rustana zmacawszy spojenie zbroi. Wydał krzyk; na ten krzyk księżniczka poznała głos swego nieszczęśliwego kochanka.

Zbiega z rozwianym włosem, mając śmierć w oczach i w sercu. Rustan padł już skrwawiony w ramiona jej ojca. Widzi go: o chwilo, o widoku! o spotkanie, którego bólu, tkliwości i grozy nie podobna wysłowić. Rzuca się nań, ściska go: — Przyjmujesz — mówi — pierwszy i ostatni pocałunek swej kochanki i morderczyni. — Wyciąga grot z rany, wbija go sobie w serce i umiera na ciele ubóstwianego. Ojciec, przerażony, oszalały, gotów umrzeć wraz nią, daremnie sili się przywołać córkę do życia: już zgasła. Przeklina nieszczęsny grot, kruszy go na kawałki, rzuca precz od siebie dwa złowrogie diamenty. Gdy dwór gotuje pogrzeb księżniczki zamiast wesela, on każe przenieść do pałacu zakrwawionego Rustana, w którym tli jeszcze resztka życia.

Niosą go do łóżka. Pierwsze, co widzi po dwóch stronach śmiertelnego łoża, to Topaz i Heban.

Zdumienie wróciło mu nieco sił.

— Ach, okrutni — mówi — czemuście mnie opuścili?

— Nie opuściłem cię, panie, ani na chwilę — rzekł Topaz.

— Byłem wciąż przy tobie — rzekł Heban.

— Co mówicie? czemu urągacie moim ostatnim chwilom? — odparł Rustan mdlejącym głosem.

— Możesz mi wierzyć, panie — rzekł Topaz — wiesz, żem nigdy nie pochwalał tej nieszczęsnej podróży, której straszliwe skutki przewidywałem; to ja byłem orłem, który walczył z sępem i któremu sęp wydarł pióra; byłem słoniem, który unosił toboły, aby cię zmusić do powrotu; byłem zebrą, która cię niosła wbrew twej woli do domu ojca; to ja zbłąkałem twoje konie; to ja uczyniłem strumień, który ci bronił przejścia; ja wzniosłem górę, która ci zamykała opłakaną drogę; ja byłem lekarzem, który ci radził ojczysty klimat; ja byłem sroką, która krzyczała, abyś się nie bił.

— A ja — rzekł Heban — byłem sępem, który wydarł pióra orłowi; nosorożcem, który rogiem nacierał na słonia; pastuchem, który bił zebrę; kupcem, który ci ofiarował wielbłądy, iżbyś biegł ku swej zgubie; ja zbudowałem most, przez który przejechałeś; wykopałem tunel, którym przebyłeś górę; byłem lekarzem, który radził ci wstać; krukiem, który krzyczał, abyś się bił.

— Niestety! przypomnij sobie wróżby — rzekł Topaz. — Jeśli pójdziesz na wschód znajdziesz się na zachodzie. — Tak — rzekł Heban — grzebią tutaj umarłych z twarzą na zachód; wyrocznia była jasna, czemuś jej nie zrozumiał? Posiadałeś i nie posiadałeś: miałeś diament, ale był fałszywy, i nie wiedziałeś o tym; jesteś Rustanem i przestajesz nim być; wszystko się spełniło.

Gdy tak mówił, cztery białe skrzydła okryły ciało Topaza, a cztery czarne skrzydła ciało Hebana.

— Co widzę? — wykrzyknął Rustan. Topaz i Heban odpowiedzieli razem:

— Widzisz swoje dwa duchy.

— Moi panowie — rzekł nieszczęśliwy Rustan — po coście wy się w to mięszali? i po co dwa duchy na jednego biednego człowieka?

— Takie prawo — rzekł Topaz — każdy człowiek ma dwa duchy; Platon powiedział to pierwszy, a wielu powtórzyło za nim. Widzisz, że to rzetelna prawda: ja, jak mnie tu oglądasz, jestem twoim dobrym duchem, a moim zadaniem było czuwać przy tobie do ostatniej twojej chwili; wypełniłem to wiernie.

— Ale — rzekł umierający — jeśli twoim zadaniem było mi służyć, w takim razie muszę być snadź przyrody o wiele wyższej niż twoja? A przy tym jak śmiesz nazywać się moim dobrym duchem, skoro mi pozwoliłeś błądzić we wszystkim, com podjął, i skoro mi pozwalasz nędznie umrzeć wraz z mą ukochaną?

— Niestety! to był twój los — rzekł Topaz.

— Jeżeli los robi wszystko — rzekł umierający — na cóż zda się dobry duch? A ty, Hebanie, ze swymi czarnymi skrzydłami, ty jesteś zapewne moim złym duchem?

— Rzekłeś — odparł Heban.

— Byłeś zatem także złym duchem księżniczki?

— Nie, ona miała swego, a ja go dzielnie wspomagałem.

— Ach, przeklęty Hebanie, skoro jesteś tak zły, nie należysz tedy do tego samego pana co Topaz? Utworzyły was dwie różne zasady, z których jedna jest dobra, a druga zła w swojej istocie?

— To nie jest konieczny wniosek — rzekł Heban — ale jest to, bądź co bądź, wielka trudność.

— Nie podobna — podjął umierający — aby dobrotliwa istota stworzyła tak złowrogiego ducha.

— Podobna czy nie podobna — odparł Heban — tak jest, jak mówię.

— Ach — rzekł Topaz — biedaku, czy nie widzisz, że ten ladaco umyślnie cię jeszcze drażni, aby wzmóc twoją gorączkę i przyśpieszyć chwilę śmierci?

— Daj mi pokój, tyle mi wart on co ty — rzekł Rustan — on przyznaje bodaj, że chciał mego zła, a ty, któryś mnie niby bronił, nie zdałeś mi się na nic.

— Bardzo mnie to smuci — rzekł dobry duch.

— I mnie również — odparł umierający — jest w tym coś, czego nie rozumiem.

— Ani ja — rzekł biedny dobry duch.

— Dowiem się tego za chwilę — rzekł Rustan.

— Hm, to się pokaże — rzekł Topaz.

Wówczas wszystko znikło. Rustan znalazł się w domu ojca, którego nie opuszczał, i w łóżku, gdzie spał od godziny.

Budzi się cały w pocie, oszołomiony, obmacuje się, woła, krzyczy, dzwoni.

Sługa jego Topaz nadbiega w szlafmycy ziewając.

— Czym umarł? czy żyję? — wykrzyknął Rustan — czy piękna księżniczka Kaszmiru wyliże się?...

— Pan, widzę, śni? — odparł spokojnie Topaz.

— Ach! — wykrzyknął Rustan — cóż to się tedy stało z tym niegodziwym Hebanem, wraz z jego czterema czarnymi skrzydłami? To on mnie zgładził tak okrutną śmiercią.

— Panie, słyszałem na górze, jak chrapie; mam go zawołać?

— Zbrodniarz! już całe pół roku mnie prześladujecie; to on mnie zawiódł na ten nieszczęsny jarmark w Kabul; on ściągnął diament, który mi dała księżniczka; on jest jedyną przyczyną mojej podróży i śmierci księżniczki, i ciosu dzirytem, od którego umieram w kwiecie wieku.

— Niech się pan uspokoi — rzekł Topaz — nigdy pan nie był w Kabul; nie ma żadnej księżniczki Kaszmiru; ojciec jej miał tylko dwóch chłopców, którzy obecnie chodzą do szkół. Nie miał pan nigdy diamentu; księżniczka nie mogła umrzeć, skoro się nie urodziła, a pan jest zdrów jak ryba.

— Jak to! więc to nieprawda, żeś mnie przygotowywał na śmierć w łóżku księcia Kaszmiru? Nie przyznałeś się, że aby mnie chronić od tylu nieszczęść, byłeś kolejno orłem, słoniem, zebrą, lekarzem i sroką?

— Panie, śniło się panu wszystko: myśli nasze tak samo nie zależą od nas we śnie, jak na jawie. Bóg chciał, aby ten ciąg myśli przeszedł panu przez głowę, zapewne, aby panu dać jakąś naukę, z której pan skorzysta.

— Drwisz sobie ze mnie — rzekł Rustan — jakże ja długo spałem?

— Niespełna godzinę, panie.

— Zatem, przeklęty mędrku, jakże chcesz, abym, w ciągu godziny, był na jarmarku w Kabul przed pół rokiem, abym wrócił stamtąd, odbył podróż do Kaszmiru, abyśmy wszyscy pomarli, Barbabu, księżniczka i ja?

— Panie, nic łatwiejszego i nic pospolitszego: mogłeś pan doskonale objechać świat i mieć o wiele więcej przygód w znacznie krótszym czasie. Czy nie prawdą jest, że możesz pan w ciągu niewielu godzin przeczytać skróconą historię Persji napisaną przez Zoroastra? a mimo to ten skrót obejmuje osiemset tysięcy lat. Wszystkie te wydarzenia przesuwają się przed pańskimi oczami, jedno po drugim, w ciągu godziny. Owóż, przyzna mi pan, że równie łatwo jest Brahmie ściągnąć je do godziny, co rozciągnąć je na przestrzeni ośmiuset tysięcy lat: to zupełnie jedno i to samo. Wyobraź sobie, że czas obraca się na kole, którego średnica jest nieskończona; pod tym olbrzymim kołem znajduje się niezliczona mnogość kół, jedno w drugim; kółko w środku jest niedostrzegalne i spełnia nieskończoną ilość obrotów ściśle w tym czasie, w którym wielkie koło dokonywa jednego. Jasne jest, iż wszystkie wypadki, od początku świata aż do jego końca, mogą zdarzyć się kolejno w czasie o wiele krótszym, niż stotysięczna część sekundy, i można nawet powiedzieć, że tak się dzieje.

— Nic nie rozumiem — rzekł Rustan.

— Jeśli pan chce — rzekł Topaz — mam papugę, która to panu z łatwością wytłumaczy. Urodziła się jakiś czas przed potopem; była w arce, dużo widziała, mimo to ma dopiero półtora roku i opowie panu swoją historię, to bardzo zajmujące.

— Idź prędko po tę papugę — rzekł Rustan — zabawi mnie chwilę, póki nie zasnę.

— Jest u mojej siostry, zakonnicy — odparł Topaz — pójdę po nią. Ubawi pana; ma dobrą pamięć, opowiada po prostu, bez silenia się na dowcip i bez frazesów.

— Doskonale — rzekł Rustan — właśnie tak lubię, aby mi opowiadano.

Przyprowadzono papugę, która zaczęła tak:[2]

Przypisy:

[1]

Wielka choroba — epilepsja.

[2]

N. B. Panna Katarzyna Vadé nie mogła odnaleźć opowiadania papugi w tece swego zmarłego krewniaka, Antoniego Vadé, autora tej powiastki. Wielka to szkoda, zważywszy czasy, w których żyła ta papuga. (Przypisek Woltera).