Voltaire

Mikromegas

Historia filozoficzna

1752

 

tłum. Tadeusz Boy-Żeleński


Mikromegas[1]

Historia filozoficzna

(1752)

I. Podróż pewnego mieszkańca gwiazdy Syriuszowej na planetę Saturna

Na jednej z planet kręcących się dokoła gwiazdy imieniem Syriusz żył pewien młody człowiek, bardzo rozgarnięty, którego miałem zaszczyt poznać w czasie ostatniej podróży, jaką podjął na nasze mrowisko. Nazywał się Mikromegas, które to imię bardzo nadałoby się dla wszystkich wielkości. Miał osiem mil wzrostu; przez osiem mil rozumiem dwadzieścia cztery tysiące kroków geometrycznych, po pięć stóp każdy.

Ten i ów z geometrów, ludzi niezwykle pożytecznych, weźmie natychmiast pióro do ręki i wykryje, iż skoro pan Mikromegas, mieszkaniec sfery Syriusza, liczy od głowy do nóg dwadzieścia cztery tysiące kroków, co czyni sto dwadzieścia tysięcy stóp królewskich, my zaś, mieszkańcy ziemi, liczymy tylko pięć stóp, a nasza ziemia ma dziesięć tysięcy mil obwodu, glob, który go wydał, musi bezwarunkowo posiadać ściśle dwadzieścia jeden milionów sześćset tysięcy razy większy obwód niż nasza mała ziemia. Nic prostszego i pospolitszego w naturze. Państwa niektórych mocarzów Niemiec lub Włoch, które można obejść w pół godziny, w porównaniu z cesarstwem tureckim, moskiewskim lub chińskim są jedynie małą próbką zdumiewających różnic, jakie natura uczyniła między istotami.

Skoro postać Jego Ekscelencji posiadała wzmiankowaną wysokość, rzeźbiarze i malarze zgodzą się bez trudności, że mógł on mieć w pasie jakie pięćdziesiąt tysięcy stóp obwodu; proporcja przyzwoita! Ponieważ długość nosa wynosiła trzecią część pięknej twarzy, twarz zaś stanowiła siódmą część wzrostu pięknego ciała, trzeba się zgodzić, że nos mieszkańca Syriusza liczył sześć tysięcy trzysta trzydzieści trzy stóp królewskich z ułamkiem; co było do udowodnienia.

Co do umysłu, jest to jeden z najbardziej oświeconych, jakie znałem; wie mnóstwo rzeczy; wynalazł sam niejedno. Nie miał jeszcze dwustu pięćdziesięciu lat i studiował, wedle zwyczaju, w najsłynniejszym kolegium jezuickim swojej planety, kiedy siłą swego umysłu odgadł więcej niż pięćdziesiąt twierdzeń Euklida, czyli o osiemnaście więcej niż Blaise Pascal, który rozwiązawszy ich wśród zabawy trzydzieści dwa, został później dość średnim geometrą, a bardzo lichym filozofem[2]. Mając około czterystu pięćdziesięciu lat, na schyłku dziecięctwa, bawił się sekcjonowaniem owych drobniutkich owadów, które nie mają ani stu stóp średnicy i umykają się zwyczajnym mikroskopom. Napisał o tym ciekawą książkę, która ściągnęła nań nieco kłopotów. Mufti[3] owego kraju, wielki wścibski i wielki nieuk, znalazł w jego dziele twierdzenia podejrzane, nieprawowierne, zuchwałe, cuchnące herezją, i zaczął go prześladować. Chodziło mianowicie o to, czy zasadnicza istota pcheł na Syriuszu jest tej samej natury co ślimaków. Mikromegas bronił się z wielką ciętością; przeciągnął na swoją stronę kobiety: proces trwał dwieście dwadzieścia lat. Wreszcie mufti uzyskał wyrok potępiający książkę, z ust mężów uczonych w prawie, którzy jej nie czytali; autor otrzymał rozkaz niepojawiania się na dworze przez osiemset lat.

Wygnanie z dworu, który roił się od intryg i małostek, nie zmartwiło go zbytnio. Ułożył ucieszną piosnkę na muftiego, co było temu dygnitarzowi dość obojętne; po czym puścił się w podróż od planety do planety, aby wykształcić umysł i serce, jak się to mówi. Ci, którzy podróżują jedynie w kariolce pocztowej lub w berlince, będą niewątpliwie zdumieni ekwipażami owych planet; my, ludzie, na naszej kupce gliny nie wyobrażamy sobie nic poza naszym zwyczajem. Podróżnik ów znał doskonale prawa ciążenia i wszystkie siły przyciągające i odpychające.

Posługiwał się nimi tak zręcznie, iż to przy pomocy słonecznego promienia, to za pośrednictwem komety, wędrował za swą kompanią od globu do globu, jak ptak buja z gałęzi na gałąź.

Przebiegł w krótkim czasie drogę mleczną; muszę wyznać, że nie widział zgoła poprzez gwiazdy, jakimi jest usiana, owego pięknego empiryjskiego nieba, które znakomity wikary Derham ujrzał, jak się chlubi, na końcu swej lunety. To nie znaczy, bym twierdził, że pan Derham[4] źle widział, niech mnie Bóg zachowa! ale, ostatecznie, Mikromegas był na miejscu, jest dobry obserwator…

Słowem, nie chcę się sprzeciwiać nikomu. Mikromegas, zasterowawszy umiejętnie, dostał się na Saturna. Mimo że przyzwyczajony do oglądania nowych rzeczy, w pierwszej chwili, widząc małość globu i jego mieszkańców, nie mógł się wstrzymać od uśmiechu wyższości, jaki wymyka się nawet najroztropniejszym. Ostatecznie Saturn jest ledwie dziewięćset razy większy od ziemi, a obywatele tego kraju to karły mające ledwie tysiąc łokci wzrostu lub coś koło tego. Zrazu przybysz pożartował sobie z tego ze swą świtą, tak mniej więcej jak muzyk włoski przybywszy do Francji podśmiewa się z muzyki Lulliego[5]. Ale ponieważ Syryjczyk miał nieco oleju w głowie, zrozumiał rychło, że osoba obdarzona myślą może nie być śmieszną, mimo że ma tylko sześć tysięcy stóp wzrostu. Napełniwszy z początku mieszkańców Saturna przestrachem i zdumieniem, zżył się pomału z nimi. Zawarł ścisłą przyjaźń z sekretarzem Akademii Saturna[6], człowiekiem nader światłym, który po prawdzie nic nie wynalazł, ale zdawał bardzo dobrze sprawę z wynalazków cudzych i z niejakim talentem uprawiał małe wierszyki i duże rachunki. Przytoczę tu, ku zadowoleniu czytelników, osobliwą rozmowę, jaką jednego dnia Mikromegas odbył z panem sekretarzem.

II. Rozmowa mieszkańca Syriusza z mieszkańcem Saturna

Skoro jego Ekscelencja położył się, sekretarz zaś zbliżył się do jego twarzy, Mikromegas rzekł:

— Trzeba przyznać, że natura jest bardzo różnorodna.

— Tak — rzekł Saturnijczyk — natura jest niby klomb, którego kwiaty…

— Ech — przerwał tamten — daj pokój swoim klombom.

— Jest — podjął sekretarz — niby wieniec blondynek i brunetek, których stroje…

— Co tu mają do rzeczy jakieś brunetki? — rzekł tamten.

— Jest zatem niby galeria malowideł, których rysy…

— Ech, nie — rzekł podróżny — jeszcze raz, natura jest jak natura. Po co tu szukać porównań?[7]

— Aby pana zabawić — rzekł sekretarz.

— Ja nie chcę, aby mnie bawiono — odparł podróżny — chcę, aby mnie uczono. Na początek powiedz mi, ile na twoim globie ludzie mają zmysłów?

— Siedemdziesiąt dwa — odparł akademik — i wciąż skarżymy się, że mamy ich tak mało. Wyobraźnia wybiega poza nasze potrzeby; uważamy, że przy naszych siedemdziesięciu dwu zmysłach, naszym pierścieniu, naszych pięciu księżycach jesteśmy zbyt ograniczeni. Mimo całej żądzy poznania i mimo dość znacznej liczby namiętności, jakie wypływają z naszych siedemdziesięciu dwóch zmysłów, mamy pod dostatkiem czasu, aby się nudzić.

— Bardzo wierzę — rzekł Mikromegas — my na naszym globie mamy blisko tysiąc zmysłów, a mimo to zostaje nam jakieś mgliste pragnienie, jakiś nieokreślony niepokój, który ostrzega nas bez ustanku, że jesteśmy niczym i że istnieją stworzenia o wiele doskonalsze. Podróżowałem nieco: widziałem śmiertelników o wiele niższych od nas; widziałem znacznie wyższych, ale nie widziałem takich, który by nie mieli więcej pragnień niż istotnych potrzeb, a więcej potrzeb niż zadowolenia.

Dotrę może kiedyś do kraju, gdzie nie brak niczego, ale dotąd nikt nie udzielił mi pewnych wiadomości o tym kraju.

Za czym Saturnin i Syryjczyk zapuścili się w głębokie rozważania; ale po wielu przemyślnych i bardzo niepewnych wnioskach trzeba było wrócić do faktów.

— Jak długo żyjecie? — spytał Syryjczyk.

— Ach, bardzo krótko — odparł człowieczek z Saturna.

— To tak jak my — rzekł Syryjczyk — zawsze skarżymy się, że krótko. Musi to być powszechne prawo natury.

— Niestety! — odparł Saturnijczyk — żyjemy, w przecięciu, ledwie pięćset wielkich rewolucji słońca. (To wynosi mniej więcej piętnaście tysięcy lat, wedle naszej rachuby). Sam widzisz: toć to znaczy umrzeć prawie w tejże chwili, w której się rodzi[8]. Istnienie nasze jest punkcikiem, trwanie chwilą, glob atomem. Ledwie się człowiek zaczął uczyć po trosze, a już przychodzi śmierć, nim zdobył krztę doświadczenia. Co do mnie, nie śmiem czynić żadnych planów; czuję się niby kropla w oceanie. Wstyd mi, zwłaszcza wobec pana, komicznej roli, jaką gram we wszechświecie.

Mikromegas odparł:

— Gdybyś nie był filozofem, lękałbym się zasmucić cię pouczając, że nasze życie jest siedemset razy dłuższe; ale wiesz aż nadto dobrze, że kiedy trzeba oddać ciało żywiołom i ożywić naturę pod inną postacią (co nazywa się śmiercią), kiedy nadejdzie ta chwila metamorfozy, wówczas wychodzi na jedno, czy się żyło wieczność, czy jeden dzień. Byłem w krajach, gdzie mieszkańcy żyją tysiąc razy dłużej od nas, i zauważyłem, że jeszcze szemrają. Ale wszędzie też zdarzają się ludzie obdarzeni zdrowym rozumem, którzy umieją się pogodzić z losem i czuć wdzięczność dla Stwórcy Wszechrzeczy. Rozsypał on w tym świecie bezmiar rozmaitości kryjący zarazem cudowną jednolitość. Na przykład wszystkie istoty myślące różnią się od siebie, a wszystkie podobne są w gruncie przez dar myśli i pragnień. Materia rozpościera się wszędzie, ale na każdym globie posiada odmienne właściwości. Ile liczycie tych różnorodnych własności w waszej materii?

— Jeśli mówisz o własnościach — rzekł mieszkaniec Saturna — bez których wedle naszego zdania świat nie mógłby istnieć taki, jak jest, liczymy ich trzysta, jak rozciągłość, nieprzenikliwość, ruch, ciążenie, podzielność i inne.

— Widać — odparł podróżny — ta skromna liczba wystarcza celom, do jakich Stwórca przeznaczył waszą małą siedzibę. Podziwiam we wszystkim jego mądrość; wszędzie widzę różnice, ale wszędzie i proporcje. Wasz glob jest mały, mieszkańcy również, macie niewiele wrażeń; materia wasza ma niewiele właściwości: wszystko to Opatrzność pięknie obmyśliła. Jakiego koloru jest wasze słońce, kiedy mu się dobrze przyjrzeć?

— Białe z tonem silnie żółtym — odparł mieszkaniec Saturna — kiedy zaś rozszczepimy jego promień, znajdujemy, iż zawiera siedem barw.

— Nasze słońce wpada w ton czerwony — odparł Syryjczyk — mamy zaś trzydzieści dziewięć zasadniczych kolorów. Nie ma ani jednego słońca między tymi, do których się zbliżyłem, które by było podobne drugiemu, jak nie ma ani jednej twarzy, iżby nie była różna od innych.

Po kilku wywiadach tej natury mieszkaniec Syriusza spytał, ile zasadniczo różnych substancyj liczy się na Saturnie. Dowiedział się, że ich jest ledwie trzydzieści: jak Bóg, przestrzeń, materia, istoty wymierne, które czują i myślą, istoty myślące bez wymiaru, istoty przenikalne, nieprzenikalne i inne. Syryjczyk, w którego kraju liczy się ich trzysta i który w podróżach swoich odkrył jeszcze trzy tysiące innych, zdumiał filozofa z Saturna. Wreszcie, skoro sobie udzielili wzajem niewielu rzeczy, które wiedzieli, i wielu, których nie wiedzieli, skoro nadysputowali się przez ciąg jednego obrotu słonecznego, postanowili odbyć wspólnie małą podróż filozoficzną.

III. Podróż mieszkańców Syriusza i Saturna

Filozofowie gotowali się właśnie puścić na fale atmosfery Saturna z pięknym zapasem instrumentów fizycznych, kiedy przyjaciółka Saturnijczyka zwąchawszy te zamiary przybiegła, cała we łzach, sprzeciwić się temu. Była to ładna, nieduża bruneta: liczyła tylko sześćset sześćdziesiąt łokci, ale nikłość wzrostu nadrabiała zręcznością i urokiem postaci.

— Ha! okrutny! — wykrzyknęła — opieram ci się tysiąc pięćset lat; i dziś, gdym zaczynała skłaniać się ku tobie, kiedy ledwie sto lat spędziłam w twoich objęciach, opuszczasz mnie, aby wędrować gdzieś z olbrzymem z innego świata! Wstydź się; widzę, że pobudką twą było jeno przelotne zachcenie; nigdy mnie nie kochałeś: gdybyś był prawdziwym Saturnijczykiem, zostałbyś mi wierny. Gdzie pędzisz? O co ci chodzi? nasze pięć księżyców mniejsze są włóczęgi od ciebie, nasz pierścień mniej jest odmienny! Wszystko skończone dla mnie; nie pokocham już nikogo.

Filozof uściskał damę, popłakał się wraz z nią mimo całej filozofii; dama zaś pomdlawszy trochę poszła się pocieszyć z miejscowym fircykiem.

Tymczasem dwaj ciekawscy puścili się w drogę. Najpierw skoczyli na pierścień, który wydał się im dość płaski, jak to dobrze odgadł pewien znakomity mieszkaniec naszego małego globu[9]; stamtąd dostali się z łatwością z księżyca na księżyc. Tuż koło ostatniego księżyca przebiegał kometa; skoczyli nań wraz ze służbą i z instrumentami. Przebiegłszy około stu pięćdziesięciu milionów mil spotkali satelitów Jowisza. Dotarli na samego Jowisza i zostali tam rok, w ciągu którego nauczyli się wielu pięknych sekretów. Sekrety te byłyby już w tej chwili pod prasą, gdyby nie panowie inkwizytorzy, którym pewne twierdzenia wydały się drażliwe. Co do mnie, czytałem rękopis w bibliotece znakomitego arcybiskupa z***, który z uprzejmością i dobrocią ponad wszelkie pochwały pozwolił mi obejrzeć swój księgozbiór. Toteż przyrzekam mu długi artykuł w pierwszym wydaniu Moreriego[10], jakie ujrzy światło dzienne; nie przepomnę zwłaszcza jego dostojnych dziatek, które rokują tak wiele nadziei, że uwiecznią ród swego znamienitego ojca.

Ale wróćmy do naszych podróżnych. Opuściwszy Jowisza przebyli około stu milionów mil i minęli planetę Mars, która jak wiadomo, jest pięć razy mniejsza od naszej małej kulki. Ujrzeli dwa księżyce, które obsługują planetę, a które uszły bystrości naszych astronomów. Wiem, że ojciec Castel[11] rozpisze się, i nawet wcale dorzecznie, przeciw istnieniu tych księżyców; ale zdaję się na tych, którzy rozumują za pomocą analogii. Ci dobrzy filozofowie wiedzą, jak trudno byłoby, aby Mars, który jest daleko od słońca, obszedł się skromniejszą ilością księżyców niż dwoma. Jak bądź się rzeczy mają, podróżnym naszym wydało się to wszystko tak drobne, że lękali się, iż nie będą się mieli gdzie przespać; przeszli mimo, jak podróżny, który wzgardzi karczemką we wsi i woli dobić do miasteczka. Ale Syryjczyk i jego towarzysz pożałowali swego kroku. Wędrowali długo nie spotykając nic. Wreszcie ujrzeli światełko; była to ziemia: politowania godny widok dla ludzi przybywających z Jowisza. Mimo to, z obawy, aby nie musieli żałować drugi raz, postanowili wylądować.

Przeszli na ogon komety, a znalazłszy zorzę północną tuż-tuż, usadowili się na niej i spuścili się na ziemię na północnym brzegu Morza Bałtyckiego, dnia piątego lipca roku pańskiego 1737, nowego stylu.

IV. Co im się trafiło na globie ziemskim

Wypocząwszy jakiś czas zjedli na śniadanie dwie góry, które służba przyrządziła im dość smakowicie. Następnie próbowali rozejrzeć się w nowej krainie. Zrazu ruszyli ku południowi. Zwyczajny krok mieszkańca Syriusza i jego ludzi wynosił około trzydziestu tysięcy stóp królewskich; karzełek z Saturna, liczący ledwie tysiąc sążni, człapał zdyszany; na jeden krok tamtego trzeba mu było robić dwanaście. Wyobraźcie sobie (jeśli wolno uczynić takie porównanie) małego pinczerka, który by biegł w trop kapitana gwardii pruskiej.

Idąc tak dość żwawo cudzoziemcy obeszli ziemię dokoła w trzydzieści sześć godzin; słońce, lub raczej ziemia, uskutecznia po prawdzie tę podróż w jeden dzień; ale trzeba mieć na względzie, że o wiele lżej jest wędrować, kiedy się to kręci dokoła osi, niż kiedy idzie na własnych nogach. I oto wrócili, skąd przyszli, obejrzawszy sadzawkę, ledwie dostrzegalną dla nich, która zwie się Morzem Śródziemnym, oraz stawek, który pod mianem Wielkiego Oceanu oblewa całe kretowisko. Karzełkowi woda dochodziła do pół łydki, tamten zaś ledwie zmaczał sobie pięty.

Tak wędrując robili, co mogli, aby zbadać, czy ów glob jest zamieszkały czy nie. Schylali się, kładli na ziemi, obmacywali wszystko; ale ponieważ oczy ich i ręce nie były dostosowane do istotek, które tu pełzają, nie odebrali najmniejszego wrażenia pozwalającego się domyślać, że my i nasi współbracia, mieszkańcy tego globu, mamy zaszczyt istnieć.

Karzełek, który wydawał czasem sąd nieco pospieszny, rozstrzygnął zrazu, że nie ma na ziemi żadnej żyjącej istoty. Pierwszym jego argumentem było, że nikogo nie widzi. Mikromegas dał mu grzecznie uczuć, że takie rozumowanie jest dość wadliwe.

— Toć — rzekł — nie widzisz swymi małymi oczkami niektórych gwiazd pięćdziesiątej wielkości, które ja spostrzegam bardzo wyraźnie; czy wnosisz stąd, że te gwiazdy nie istnieją?

— Ależ — rzekł karzełek — macałem dobrze.

— Może — odparł tamten — źle czułeś.

— Ale bo — rzekł karzeł — ten glob jest tak źle zbudowany: coś tak nieregularnego, takiej pociesznej formy! Wszystko wydaje się tu chaotycznie: widzisz te strumyki, z których żaden nie biegnie prosto; te stawy, które nie są ani okrągłe, ani czworoboczne, ani owalne, ani żadnej regularnej postaci; ostre ziarenka, którymi kula ta jest najeżona i które pokaleczyły mi nogi? (Miał na myśli góry). A czy uważałeś kształt tego globu: jaki płaski na biegunach, jak niezdarnie kręci się około słońca w ten sposób, że klimat na biegunach z konieczności jest jałowy? Doprawdy, jeśli myślę, że tu nie mieszka nikt żywy, to dlatego, że mi się zdaje, iż istoty obdarzone zdrowym rozsądkiem nie chciałyby tu mieszkać.

— Cóż stąd! — rzekł Mikromegas — może ci, co tu mieszkają, nie mają zbytniej dozy rozsądku. Ale ostatecznie można przypuszczać, że to wszystko nie istnieje nadaremno. Wszystko, powiadasz, wydaje ci się tu nieregularne, dlatego że na Saturnie i na Jowiszu wszystko jest pod sznurek. Ha! Może z tej właśnie przyczyny widzimy tu nieco zamieszania. Nie mówiłem ci, że w ciągu swoich podróży zawsze uważałem rozmaitość?

Mieszkaniec Saturna znalazł argumenty przeciw wszystkim tym racjom. Dysputa ciągnęłaby się bez końca, gdyby na szczęście, zapalając się, Mikromegas nie był zerwał nitki u swego diamentowego naszyjnika. Diamenty rozsypały się; były to małe karaciki, dość nierówne, z których największe ważyły po czterysta funtów, najmniejsze zaś pięćdziesiąt. Karzeł zebrał ich kilka; spostrzegł zbliżając je do oczu, że dzięki szlifowi diamenty te stanowią doskonałe mikroskopy. Ujął tedy taki mikroskop o stu sześćdziesięciu stopach średnicy i przyłożył do oka; Mikromegas wyszukał inny, o średnicy dwóch tysięcy pięciuset stóp. Szkła były wyborne, ale zrazu nie dostrzeżono przy ich pomocy nic: trzeba było je nastawić. Wreszcie mieszkaniec Saturna ujrzał coś ledwie dostrzegalnego, poruszającego się w wodach Morza Bałtyckiego: był to wieloryb. Podjął go zręcznie małym palcem i kładąc na paznokciu pokazał go Syryjczykowi, który znowuż zaczął się śmiać, tak go zabawił maleńki wymiar mieszkańców naszego globu. Saturnijczyk, przekonany wreszcie, iż ziemia nasza jest zamieszkała, osądził wnet, że zamieszkują ją same wieloryby; że zaś miał wielką skłonność do dociekania, silił się odgadnąć, skąd taki atom może czerpać swój początek, ruch, czy ma jaką zdolność pojmowania i jakąś wolę. Mikromegas znalazł się w kłopocie; obejrzał zwierzątko z wielką cierpliwością, w rezultacie zaś uznał, że nie podobna przypuszczać, aby w tej okruszynie mogła się zmieścić dusza. Obaj podróżni skłaniali się tedy do myśli, że mieszkanie nasze nie jest ożywione duchem; wtem, przy pomocy mikroskopu, ujrzeli coś równie wielkiego jak wieloryb, żeglującego po Morzu Bałtyckim. Wiadomo, że w tym właśnie czasie garstka filozofów[12] wracała ze strefy polarnej, dokąd udali się, aby poczynić spostrzeżenia dotychczas niedostępne dla nikogo.

Gazety doniosły, że statek ich rozbił się na wybrzeżach Bothnii i że z trudem zdołali się ocalić; ale nikt na tym świecie nie wie, co się kryje poza jakąś sprawą. Opowiem po prostu, jak rzecz się miała, nie dodając nic z fantazji; co jest nie lada wysiłek dla historyka.

V. Doświadczenia i wnioski obu podróżnych

Mikromegas wyciągnął ostrożnie rękę w stronę, z której pojawił się przedmiot, i wysuwając dwa palce, cofając je z obawy, aby nie chybić, następnie otwierając je i ściskając, chwycił zręcznie statek dźwigający tych panów i położył go również na paznokciu, nie cisnąć zbytnio z obawy, aby nie rozgnieść.

— Oto jakieś zwierzę bardzo odmienne od tamtego — rzekł karzeł z Saturna.

Syryjczyk ułożył mniemane zwierzę we wklęsłości dłoni. Pasażerowie i załoga, którzy sądzili, że ich porwał huragan i znajdują się na jakiejś skale, zaczęli się krzątać. Majtkowie dobywają beczki wina, wytaczają je na rękę Mikromegasa i sami wyskakują za nimi. Geometrzy zabierają swoje kwadranty, sektory oraz dwie dziewczyny lapońskie i schodzą na palce Syryjczyka. Kręcili się póty, aż wreszcie uczuł, że coś się rusza i łechce mu palce: był to okuty kij, który zagłębiono mu na stopę we wskazujący palec. Osądził z tego łechtania, że z małego zwierzątka, które trzymał, wyszła jakaś substancja, ale nie podejrzewał nic więcej. Mikroskop, który ledwie pozwalał rozróżnić wieloryba i okręt, nie zdołał pochwycić istoty tak niedostrzegalnej jak ludzie. Nie mam zamiaru urażać tu niczyjej próżności, ale muszę poprosić ludzi przejętych swoją ważnością, aby uczynili wraz ze mną małą uwagę: a mianowicie, że licząc wzrost człowieka mniej więcej na pięć stóp, nie więcej zaznaczamy się na tej ziemi, niżby się zaznaczyło na kuli o dziesięciu stopach obwodu zwierzę mające mniej więcej sześćsettysięczną część cala wysokości. Wyobraźcie sobie istotę, która by mogła trzymać w ręku naszą ziemię i która miałaby organa w tej proporcji; a bardzo jest możliwe, że znajduje się sporo takich istot: otóż pomyślcie sobie, proszę, co te istoty myślały o owych wielkich bitwach, w których zwycięzca zdobywa jakąś forteczkę, aby ją stracić z powrotem. Nie wątpię, że jeśli jaki kapitan grenadierów przeczyta to dziełko, podwyższy co najmniej o dwie stopy czapki swoich żołnierzy; ale uprzedzam go, że daremne będą jego wysiłki: zawsze on i jego ludzie pozostaną czymś nieskończenie małym.

Jakąż zręczność musiał rozwinąć filozof z Syriusza, aby dostrzec te atomy! Kiedy Leuwenhoek i Hartsoecker[13] pierwsi spostrzegli lub mniemali, iż spostrzegają ziarninę, która stanowi naszą substancję, z pewnością ani w przybliżeniu nie dokonali tak zdumiewającego odkrycia. Jakąż rozkosz uczuł Mikromegas widząc poruszające się te małe istotki, badając ich obroty i podążając wzrokiem za nimi! Jakie okrzyki wydawał! Z jaką radością oddał mikroskop w ręce towarzysza podróży!

— Widzę ich — szeptali jeden przez drugiego — widzisz, jak dźwigają ciężary, jak się schylają, jak się podnoszą.

Gdy tak mówili, ręce im drżały, zarówno z rozkoszy oglądania tak nowych przedmiotów, jak z obawy, aby ich nie stracić. Saturnijczyk, przechodząc z nadmiaru nieufności w zbytnią łatwowierność, dopatrywał się w tych ruchach czynności mających na celu płodzenie.

— Ha! — wołał — schwyciłem naturę na gorącym uczynku!

Ale dał się zmylić pozorom; co zdarza się aż nazbyt często zarówno z pomocą mikroskopu, jak bez niej.

VI. Co się trafiło filozofom przy spotkaniu z ludźmi

Mikromegas, o wiele lepszy obserwator od karzełka, dostrzegł, że te atomy mówią do siebie. Podzielił się spostrzeżeniem ze swoim towarzyszem, który zawstydzony, że się omylił w hipotezie płodzenia, nie chciał wierzyć, aby podobne istotki mogły sobie udzielać myśli. Miał dar języków zarówno jak Syryjczyk; nie słyszał, aby nasze atomy mówiły, przypuszczał tedy, że nie mówią; zresztą, w jaki sposób te niedostrzegalne stworzonka mogłyby mieć organ głosu i co miałyby do powiedzenia? Aby mówić, trzeba myśleć lub coś zbliżonego do tego; gdyby myśleli, mieliby coś w rodzaju duszy; otóż przypisywać coś w rodzaju duszy temu gatunkowi, wydało mu się niedorzecznością.

— Ależ — rzekł Syryjczyk — sądziłeś przed chwilą, że oni się kochają; otóż czy przypuszczasz, że można się kochać bez tego, aby coś myśleć i wygłaszać jakieś słowa lub bodaj porozumiewać się? Czy sądzisz, że trudniej jest spłodzić argument niż dziecko?

— Co do mnie, i jedno, i drugie wydaje mi się wielką tajemnicą; nie śmiem już ani wierzyć, ani przeczyć — rzekł karzeł — nie mam zdania; próbujmy zbadać te owadki, później będziemy rozumowali.

— Słusznie — rzekł Mikromegas i natychmiast wydobył parę nożyczek.

Obciął sobie paznokcie i z okrawka paznokcia wielkiego palca sporządził trąbę w kształcie ogromnego lejka, którego węższy otwór wprowadził do ucha. Zewnętrzny otwór leja obejmował statek wraz z załogą. Najsłabszy głos wnikał w okrężne fibry paznokcia, tak iż dzięki tej przemyślności filozof ze swojej wyżyny słyszał doskonale brzęczenie naszych owadów w dole. W krótkim czasie zdołał rozróżnić słowa, a w końcu zrozumieć język francuski. Karzeł osiągnął toż samo, mimo iż z większą trudnością. Zdumienie podróżnych wzrastało z każdą chwilą. Usłyszeli, jak te robaczki odzywają się wcale do rzeczy; ta igraszka przyrody zdała się im niepojęta. Możecie sobie wyobrazić, że Syryjczyk i karzeł pałali żądzą nawiązania rozmowy z atomami; karzeł lękał się tylko, aby jego grzmiący głos, a zwłaszcza głos Mikromegasa, nie ogłuszył robaczków, nim zdołają go zrozumieć. Trzeba było zmniejszyć jego siłę. Włożyli sobie do ust rodzaj wykałaczek, których zaostrzony koniec zbliżony był do okrętu. Syryjczyk trzymał karła na kolanach, okręt zaś raz z załogą na paznokciu; pochylił głowę i mówił po cichu. Wreszcie przy pomocy wszystkich tych ostrożności i jeszcze wielu innych zaczął w ten sposób:

— Niewidzialne owadki, które ręka Stwórcy podobała sobie spłodzić w otchłaniach Nieskończenie Małego, dziękuję mu, że raczył mi odsłonić tajemnice, które zdawały się nieprzeniknione. Wyobrażam sobie, iż na dworze w moim kraju nie raczono by na was spojrzeć; ale ja nie gardzę nikim i ofiaruję wam swoją protekcję.

Jeśli kto kiedy uczuł się zdumiony, to z pewnością człowieczkowie, gdy usłyszeli te słowa! Nie mogli odgadnąć, skąd one wychodzą. Kapelan okrętowy odmówił egzorcyzmy, majtkowie klęli, obecni zaś na okręcie filozofowie tworzyli systemy, ale mimo całej genialności ani rusz nie mogli odgadnąć, kto to przemawia. Karzełek z Saturna, który miał głos delikatniejszy od Mikromegasa, wyłożył im wówczas w krótkich słowach, z jakiego rodzaju stworzeniami mają do czynienia.

Opowiedział podróż z Saturna, objaśnił, kto jest pan Mikromegas; i użaliwszy się ich, że są tak mali, spytał, czy od początku bytu żyją w tym nędznym stanie tak bliskim nicości oraz co porabiają na globie zdającym się należeć do wielorybów; wreszcie, czy są szczęśliwi, czy się rozmnażają i mnóstwo innych tego rodzaju pytań.

Jakiś mędrek z owej gromadki, śmielszy od innych, dotknięty tym, że ktoś wątpi o jego duszy, przyjrzał się mówcy przy pomocy blaszek umocowanych na ćwierci koła, powtórzył to samo przeniósłszy się w inny punkt, po trzeciej zaś zmianie miejsca rzekł:

— Więc pan sobie wyobraża, dlatego że liczysz tysiąc sążni od stóp aż do głowy, że jesteś…

— Tysiąc sążni! — wykrzyknął karzeł. — Sprawiedliwe nieba! Skąd on może znać mój wzrost? Tysiąc sążni! Nie myli się ani na cal! Jak to! ten atom mnie zmierzył! Jest geometrą, zna moją wielkość, ja zaś, który go widzę jedynie przez mikroskop, nie znam jeszcze jego wymiarów!

— Tak, zmierzyłem cię — odparł fizyk — a zmierzę i twego wielkiego towarzysza.

Przyjęto propozycję; Jego Ekscelencja wyciągnął się wzdłuż; gdyby stał prosto, głowa wystawałaby ponad chmury. Nasi filozofowie zasadzili mu wielkie drzewo w miejscu, które doktor Swift[14] by określił, ale którego ja nie odważę się nazwać po imieniu przez szacunek dla dam. Następnie, przy pomocy szeregu trójkątów połączonych razem, orzekli, że to, co widzą przed sobą, to jest w istocie młody człowiek długości stu dwudziestu tysięcy stóp. Wówczas Mikromegas rzekł:

— Widzę lepiej niż kiedykolwiek, że nie trzeba o niczym sądzić z pozoru. O Boże! ty, co dałeś inteligencję istotom, które wydają się tak nikczemne, widzę, że nieskończenie małe jest dla ciebie równą błahostką co nieskończenie wielkie. Ba, jeśli możebne jest, aby istniały stworzenia jeszcze mniejsze od tych, mogą one posiadać umysł jeszcze wyższy niż owe wspaniałe zwierzęta, które widziałem w niebie, a których jedna stopa przykryłaby ten cały glob wraz z wszystkim, co się na nim mieści.

Jeden z filozofów upewnił go, iż w rzeczy samej istnieją stworzenia inteligentne o wiele mniejsze niż człowiek. Opowiedział mu nie wszystkie bajki, które Wergiliusz opowiada o pszczołach, ale to, co Swammerdam[15] odkrył, a Réamur potwierdził sekcją. Pouczył go wreszcie, że istnieją zwierzęta będące dla pszczół tym, czym pszczoły dla człowieka, czym on sam, obywatel Syriusza, jest dla owych ogromnych zwierząt, które wspomniał, a czym te ogromne zwierzęta są dla innych skupień, wobec których zdają się jeno atomami. Stopniowo rozmowa stawała się coraz więcej zajmująca; wreszcie Mikromegas przemówił w ten sposób:

VII. Rozmowa z ludźmi

— O, inteligentne atomy, w których spodobało się wiekuistej istocie okazać swą zręczność i potęgę, musicie bez wątpienia kosztować na swoim globie radości bardzo czystych; mając tak mało materii i będąc, zda się, samym jeno duchem musicie spędzać życie na tym, aby kochać i myśleć: oto prawdziwe życie duchów. Nie widziałem nigdzie doskonałego szczęścia, ale musi ono bez wątpienia mieszkać tutaj.

Na to odezwanie się filozofowie potrząsnęli głową; jeden zaś, szczerszy od innych, wyznał po prostu, że jeśli się wyłączy szczupłą liczbę mieszkańców bardzo małej zażywających powagi, reszta jest zbiorem szaleńców, łotrów i ludzi nieszczęśliwych.

— Mamy więcej materii niż trzeba — rzekł — aby czynić zło, jeśli zło pochodzi z materii; a zbyt wiele ducha, jeśli zło pochodzi z ducha. Czy wiesz na przykład, że w chwili gdy mówię do ciebie, sto tysięcy szaleńców z naszego gatunku, ubranych w kapelusze, morduje sto tysięcy innych żyjątek ubranych w turbany albo ginie z ich ręki[16] i że prawie na całej powierzchni ziemi postępuje się w ten sposób od niepamiętnych czasów?

Syryjczyk zadrżał; spytał, jaka może być przyczyna tak straszliwych waśni między wątłymi zwierzątkami.

— Chodzi — odparł filozof — o jakąś kupkę błota[17] tak wielką jak twoja pięta. To nie znaczy, aby którykolwiek z tysięcy ludzi zarzynających się wzajem miał pretensję bodaj do okruszyny z tej kupki błota. Idzie tylko o stwierdzenie, czy będzie należała do pewnego człowieka, którego zwą Sułtanem, czy też do drugiego, zwanego, nie wiem czemu, Cezarem. Ani jeden, ani drugi nie widział i pewno nie zobaczy nigdy tego zakątka ziemi; prawie żadne zaś ze zwietrząt, które mordują się wzajem, nie widziało zwierzęcia, dla którego idzie na rzeź.

— Ha! Nieszczęśliwi! — wykrzyknął oburzony Syryjczyk — jest-li do pojęcia ten bezmiar obłędu i wściekłości! Bierze mnie ochota zrobić trzy kroki i zmiażdżyć całe mrowisko tych pociesznych zbrodniarzy.

— Niech się pan nie trudzi — odpowiedział człowiek — dosyć sami pracują nad swoją zagładą. Wiedz, że do dziesięciu lat nie uchowa się na ziemi ani setna część tych nędzarzy; wiedz, że gdyby nawet nie dobyli oręża, głód, wyczerpanie lub nadużycia zmiatają niemal wszystkich. Zresztą nie ich trzeba karać, ale owych wysiadujących fotele barbarzyńców, którzy ze swego gabinetu, trawiąc smaczny obiadek, nakazują rzeź miliona ludzi, a później każą za to składać uroczyste dzięki Bogu.

Podróżny uczuł w sercu litość dla małej rasy ludzkiej, w której odkrywał tak zdumiewające sprzeczności.

— Skoro należycie do szczupłej liczby mędrców i prawdopodobnie nie zabijacie nikogo za pieniądze, powiedzcie mi, proszę, czym się trudnicie?

— Sekcjonujemy muchy — odparł filozof — mierzymy linie, gromadzimy cyfry; godzimy się z sobą co do dwóch lub trzech punktów, które rozumiemy, spieramy się zaś o dwa lub trzy tysiące innych, których nie rozumiemy.

Syryjczykowi oraz mieszkańcowi Saturna przyszła ochota zadać parę pytań tym myślącym atomom, aby poznać rzeczy, co do których są jednomyślni.

— Ile liczycie — rzekł — od gwiazdy Kanikuły do wielkiej gwiazdy Bliźniaków?

Odpowiedzieli wszyscy naraz: — Trzydzieści dwa stopnie i pół.

— Ile stąd na księżyc?

— Sześćdziesiąt półśrednic ziemi, biorąc okrągło.

— Ile waży wasze powietrze?

Myślał, że ich załapie, ale odparli jednogłośnie, że powietrze waży blisko dziewięćset razy miej niż dukatowe złoto. Karzełek z Saturna, zdziwiony ich odpowiedziami, gotów był wziąć za czarowników ludzi, którym przed kwadransem chciał odmawiać duszy.

Wreszcie Mikromegas rzekł:

— Skoro znacie tak dobrze to, co jest zewnątrz was, wiecie bez wątpienia jeszcze lepiej, co jest wewnątrz. Powiedzcie mi, czym jest wasza dusza i jak poczynacie myśli?

Filozofowie zaczęli mówić wszyscy naraz, jak wprzódy, ale każdy był innego zdania. Najstarszy cytował Arystotelesa, inny powoływał się na Kartezjusza; ten na Malebranche'a[18], inny na Leibniza; inny na Locke'a. Stary perypatetyk[19] rzekł głośno, stanowczym tonem:

— Dusza jest to entelechia[20], a racją, dla której ma ona możność istnienia, jest to, że istnieje. Tak oświadcza wyraźnie Arystoteles, stronica 655, wydanie Luwru.

Zacytował ustęp.

— Nie bardzo rozumiem po grecku — rzekł olbrzym.

— Ani ja — rzekł filozofujący robaczek.

— Czemuż tedy — podjął Syryjczyk — cytujesz Arystotelesa po grecku?

— Temu — odparł uczony — że dobrze jest cytować to, czego się nie rozumie wcale, w języku, który się rozumie bardzo licho.[21]

Kartezjanin zabrał głos i rzekł:

— Dusza jest to czysty duch, który otrzymał w żywocie matki wszystkie idee metafizyczne i który wychodząc stamtąd, musi uczęszczać do szkoły i uczyć się na nowo wszystkiego, co wiedział tak dobrze i czego już nie będzie wiedział nigdy.

— Na nic się tedy nie zdało — odparło ośmiomilowe zwierzę — duszy twojej być tak mądrą w żywocie matki, skoro ma być tak nie nauczona wówczas, kiedy ci broda urośnie. Ale co rozumiesz pod duchem?

— Cóż za pytanie? — odparł mędrek. — Nie mam pojęcia; powiadają, że to, co nie jest materią.[22]

— A czy wiesz bodaj, co to materia?

— Doskonale — odparł człowiek. — Na przykład ten kamień jest szary, jest takiego a takiego kształtu, ma trzy wymiary, jest ważki i podzielny.

— Więc cóż? — rzekł Syryjczyk. — Ale ta rzecz, która ci się wydaje podzielna, ważka i szara, czy powiesz mi, co to takiego? Widzisz kilka własności, ale czy znasz istotę rzeczy?

— Nie — odparł tamten.

— Nie wiesz tedy zgoła, co to materia.

Wówczas Mikromegas zwracając się do innego mędrca, którego trzymał na wielkim paznokciu, spytał, czym jest jego dusza i co robi.

— Nic a nic — odparł filozof ze szkoły Malebranche'a. — Bóg robi wszystko za mnie, widzę wszystko w nim, robię wszystko w nim, on robi wszystko bez mego współudziału.[23]

— Na jedno by tedy wyszło wcale nie istnieć — odparł mędrzec z Syriusza.

— A ty, mój przyjacielu — rzekł do ucznia Leibniza, stojącego opodal — powiedz tym, czym jest dusza?

— Jest to — odparł leibnicysta — wskazówka, która pokazuje godziny, gdy ciało dzwoni; albo jeżeli wolisz, ona dzwoni, gdy ciało wskazuje godzinę; lub też dusza moja jest zwierciadłem wszechświata, ciało zaś ramką tego zwierciadła: wszak to bardzo jasne.[24]

Skromny wyznawca Locke'a stał tuż za nim; kiedy wreszcie zwrócono się do niego, rzekł:

— Nie wiem, w jaki sposób myślę, ale wiem, że zawsze myślałem jedynie za pośrednictwem zmysłów. Że istnieją twory niematerialne i obdarzone rozumem, nie wątpię, ale żeby miało być niemożebne Bogu obdarzyć materię władzą myślenia, o tym wątpię mocno. Czczę wiekuistą potęgę; nie mnie przystało ją ograniczać: nie twierdzę nic; zadowalam się przeświadczeniem, że więcej jest rzeczy możebnych, niż sobie wyobrażamy.

Potwór z Syriusza uśmiechnął się; jegomość ten zdał mu się bodaj najrozsądniejszy ze wszystkich; karzełek zaś z Saturna byłby uściskał wyznawcę Locke'a[25], gdyby zbytnia dysproporcja wymiarów nie stała na przeszkodzie. Ale znajdowało się tam, na nieszczęście, małe żyjątko w graniatej czapeczce[26], które przerwało wywody innym filozofującym żyjątkom. Indywiduum to oświadczyło, że wie całą tajemnicę, że wszystko to znajduje się w Summie św. Tomasza; zmierzyło od stóp do głów wzrokiem wędrowców niebieskich; dowiodło im w żywe oczy, że ich osoby, ich światy, słońca, gwiazdy, wszystko to stworzono umyślnie dla człowieka. Na to podróżni zatoczyli się jeden na drugiego, dławiąc się niepohamowanym śmiechem, który wedle Homera jest udziałem bogów; ramiona ich i brzuchy trzęsły się po prostu, aż wśród tych konwulsyj okręt, który Syryjczyk trzymał na paznokciu, wpadł do kieszeni u pludrów mieszkańca Saturna. Obaj poczciwcy szukali go długo; w końcu odnaleźli załogę, odchuchali ją, jak należy, i przyprowadzili do możliwego stanu.

Syryjczyk wziął z powrotem na rękę robaczki ludzkie, rozmawiał z nimi z wielką dobrocią, mimo że w głębi serca był nieco zmierżony widząc, że te nieskończenie małe stworzenia kryją w sobie pychę nieskończenie wielką. Przyrzekł ułożyć piękną książkę filozoficzną, napisaną bardzo drobno, dla ich użytku i upewnił, że w tej książce ujrzą samo jądro rzeczy. W istocie, wręczył im ów tom przed odjazdem: zawieziono go do Paryża, do Akademii Nauk. Ale kiedy sędziwy sekretarz go otworzył, ujrzał jedynie białe karty: — Hm! — mruknął — domyślałem się tego.

Przypisy:

[1]

Mikromegas — fantastyczne imię powstałe z połączenia dwu greckich wyrazów: micros — mały, megas — duży.

[2]

Żarliwość religijna przenikająca pisma Błażeja Pascala (1623-1662) czyniła go Wolterowi antypatycznym.

[3]

Ponowna aluzja do Boyera, który prześladował Listy filozoficzne Woltera (1731) za twierdzenie, że własności duszy człowieka rozwijają się równocześnie z jego organami, tak samo jak właściwości duszy zwierząt.

[4]

Derham Wilhelm (1657-1735) — teolog i uczony angielski. W dziele pt. Teologia astronomiczna dowodzi istnienia Boga na podstawie cudów przyrody.

[5]

Lulli Jan Baptysta (1632-1687) — twórca narodowej opery francuskiej.

[6]

Sekretarz Akademii i Saturna — pod tą postacią Wolter przedstawia Bernarda Fontenelle'a (1657-1757), długoletniego sekretarza francuskiej Akademii Nauk. Fontenelle uprawiał prawie wszystkie gatunki literackie, zasłynął jednak jako popularyzator zdobyczy nauk przyrodniczych.

[7]

Aluzja do kwiecistego stylu dzieła Fontenelle'a O mnogości światów.

[8]

Aluzja do wieku Fontenelle'a, który w chwili powstania Mikromegasa (1752) miał 95 lat i cieszył się doskonałym zdrowiem.

[9]

…znakomity mieszkaniec naszego małego globu — Krystian Huyghens (1629-1695), uczony holenderski, odkrył i opisał system planetarny Saturna.

[10]

Moreri Ludwik (1643-1680) — uczony francuski, autor Wielkiego Słownika Historycznego (1674).

[11]

Castel Ludwik Bertrand (1688-1757) — jezuita, matematyk i fizyk francuski.

[12]

… garstka filozofów — Piotr Ludwik Maupertuis (1698-1759), Aleksy Clairaut (1713-1765), Karol Stefan Camus (1699-1760) i Piotr Le Monnier (1676-1757), geometrzy i astronomowie, którzy w 1736 r. udali się do Tornera w Laponii, aby zmierzyć stopień południka.

[13]

Leuwenhoek i Hartsoeker — Antoni Leuwenhoeck (1632-1723), przyrodnik holenderski, udoskonalił mikroskop, opisał ciałka krwi i spermatozoidy. Mikołaj Hartsoeker (1656-1725), fizyk holenderski, udoskonalił pewne instrumenty optyczne oraz odkrył spermatozoidy.

[14]

Swift Jonatan (1667-1745) — autor Podróży Guliwera.

[15]

Swammerdam Jan (1637-1680) — przyrodnik holenderski, poczynił doniosłe spostrzeżenia o anatomii i przeobrażeniach owadów.

[16]

Aluzja do wojny turecko-rosyjskiej z lat 1736-1739.

[17]

… kupka błota — Krym, o którego zdobycie walczyły Rosja i Turcja. Wolter, jak wielu jego współczesnych, słabo orientował się w geografii Europy wschodniej; zresztą mógł z całą świadomością pomniejszyć znaczenie Krymu chcąc wykazać nonsens wojny.

[18]

Malebranche Mikołaj (1638-1715) — filozof francuski, autor Poszukiwania prawdy.

[19]

Perypatetyk (z gr.) — zwolennik filozofii Arystotelesa (384-322 p.n.e.).

[20]

Entelechia (z gr.) — według Arystotelesa duch kształtujący ciało oraz przyczyna sprawcza każdej istoty.

[21]

Złośliwe docinki Woltera pod adresem Arystotelesa są krytyką podstaw filozofii scholastycznej, opierającej się na fałszywie zrozumianym systemie filozoficznym Arystotelesa, głównie na jego Logice. Wolter zwalczał pozostałości scholastyki zdając sobie sprawę, że broniła ona ustroju feudalnej eksploatacji. Według scholastyków ustrój feudalny jest nienaruszalny, gdyż jest zgodny z wolą bożą.

[22]

Wolter wyśmiewa twierdzenie René Descartes'a (Kartezjusza) (1596-1650) o istnieniu idei wrodzonych, będące wynikiem jego dualizmu, tj. systemu uznającego istnienie dwóch substancji: duszy i ciała.

[23]

Wychodząc z pozycji idealistycznych Malebranche odrzucał dualizm kartezjański. Wszelkie zjawiska przyrody, a więc i wolę ludzką, tłumaczył wmieszaniem się Boga, zawierającego w sobie wszystko, co istnieje.

[24]

Wolter szydzi z idealizmu Leibniza. (Patrz przypis 17).

[25]

Podczas swego pobytu w Anglii (1726-1729) Wolter zapoznał się z systemem filozoficznym Jana Locke'a (1632-1704) i stał się jego gorącym zwolennikiem oraz propagatorem. Odpowiadały mu materialistyczne elementy tego systemu: uznanie obiektywnego istnienia świata zewnętrznego oraz powstawanie przedstawień i wyobrażeń w umyśle ludzkim pod wpływem jego działania, zaprzeczenie istnienia idei wrodzonych.

[26]

… żyjątko w graniatej czapeczce — doktor Sorbony, uniwersytetu paryskiego. W XVIII w. Sorbona była jeszcze ostoją filozofii scholastycznej; Wolter ośmiesza tu jedną z postaw tej filozofii — teleologię, głoszącą, że wszystko, co istnieje, zostało stworzone przez Boga w ściśle określonym celu.