Pleń

Tak, tak — to nie pomyłka! Pleń to niezwykłe zjawisko natury. Mając szczęście, możemy go spotkać w naszych górach. Pierwszy raz z opisem plenia zetknąłem się u naszego wybitnego XIX-wiecznego przyrodnika i popularyzatora nauki, Erazma Majewskiego (1858–1922). W powieści fantastycznej dla młodzieży „Doktor Muchołapski. Fantastyczne przygody w świecie owadów” (1890) poświęca on pleniowi cały rozdział — „Pełzający mur”. Wedle mojej najlepszej wiedzy prawa majątkowe do tej książki, według stanu prawnego w chwili pisania tej strony (luty 2003), już wygasły i można ją swobodnie rozprowadzać.

Poniżej zamieszczam wspomniany rozdział z powieści pana Majewskiego, bez pierwszej strony, z pleniem nie związanej.

Narrator, zapalony entomolog doktor Jan Muchołapski, spostrzega na kończynie okazu przywiezionego mu z gór niewielką białą drobinę pokrytą miniaturowymi znakami. Jest to list angielskiego milionera lorda Puckinsa, o którego nagłym zniknięciu w Tatrach donosiły krótko wcześniej gazety. Z listu dowiaduje się, że lord Puckins zażył otrzymany podczas pobytu w Indiach tajemniczy eliksir, umożliwiający ponoć widzenie tego, czego ludzkie oczy nie oglądały. Skutkiem tego, jak się okazało, stał się 120-krotnie mniejszy, wzrostu porównywalnego z wielkością owadów. Niestety, podczas przemiany zgubił flakonik z resztą mikstury pozwalającej na powrót do normalnych rozmiarów. Jedyną nadzieją jest druga, i ostatnia, buteleczka eliksiru pozostała w bagażach lorda. Muchołapski dociera do niej, udaje się w Tatry i, sam pomniejszony, rusza na poszukiwanie Anglika, niczym Stanley ratujący Livingstone’a. Po wielu przygodach odnajduje lorda Puckinsa, odtąd wędrują razem.

 

Wyszliśmy już z zarośli i znaleźli się na drobnym żwirze, gęsto usianym igłami świerkowymi. W połowie drogi, na skręcie, lord Puckins wyprzedził mię, ale zaledwie znikł z oczu, usłyszałem jego wołanie, a po chwili ujrzałem zdążającego ku mnie w stanie niezwykłego ożywienia. Masz tobie! — pomyślałem — pewno nasza robota zniweczona. Tymczasem lord Puckins wołał z daleka: „Nie ma drogi!” Co by to znaczyło, nie mogłem na razie zrozumieć.

Dopiero gdyśmy się zeszli, dowiedziałem się, co go poruszyło.

— Spiesz, doktorze! Ujrzysz coś nadzwyczajnego, żywy wał nieznanych stworzeń zagradza nam drogę do szałasu.

Na pytanie moje o szczegóły powtarzał tylko, że w poprzek naszego szlaku rozciąga się długi, dość wysoki mur, na którym roją się tysiące dziwnych larw.

Skupione w jeden wał, pełzają powoli ku dołowi.

Miały wszystkie długości około półtora łokcia1 i były koloru żółtopopielatego, prawie przezroczyste, z czarnymi główkami. Szklista i lepka skóra sklejała je z sobą. Wał ten, wysoki na jakie trzy do czterech stóp2, cały był złożony z ruszających się i czołgających larw. Chciał go obejść i podążyć dalej, ale ani na lewo, ani na prawo nie mógł dostrzec przejścia.

Opis ten, rzucony jednym prawie tchem, od razu objaśnił mię o wszystkim.

— Pleń! pleń! — zawołałem rozpromieniony. — Prowadź mię, lordzie, natychmiast! Jak żyję, jeszczem go nie widział!

Anglik spojrzał na mnie pytająco.

— Objaśnię pana później — odrzekłem na nieme jego pytanie — a teraz pokaż pan to cudo co prędzej! Dwadzieścia lat znam Tatry, szukałem go nieraz, a jeszczem go nie spotkał!...

— Czegoś pan szukał? Bo właściwie nie rozumiem, o czym pan mówisz? Czy to żywy wał nazywasz, doktorze, pleniem?

— Nie inaczej! Jest to rzadkie bardzo w Tatrach zjawisko, a przy tym jedna z największych osobliwości przyrody... .

— Ale skądże, doktorze, możesz przypuszczać, że się nie mylisz, skoroś jeszcze tego wału nie widział. Może nie jest tym, o czym myślisz, możem ci go niedokładnie opisał.

— Owszem, opisałeś pan go tak dokładnie, że najmniejszej nie mam wątpliwości. Zresztą pełzający wał, złożony z przezroczystych larw, może być tylko pleniem i niczym innym.

Nie czekając na swego przewodnika, puściłem się szybkim krokiem naprzód i w kilka minut ujrzałem dziwne zjawisko. Przede mną rozciągał się pleń w całej okazałości.

— Jakże teraz przejdziemy? — odezwał się Anglik widząc mię nieruchomo stojącego i obserwującego żywy mur. — Ach! lordzie! Jesteś w tej chwili zbyt prozaiczny! Troszczysz się o to, jak przejdziemy, zamiast zapomnieć o wszystkim i podziwiać raczej dziwaczne wybryki przyrody, zamiast pomyśleć o dokładnym obejrzeniu zjawiska, które się samo nasuwa przed oczy! Czy wiesz, że wielu naturalistów odbyłoby chętnie stumilową wycieczkę, nie szczędząc trudów i kosztu, aby tylko ujrzeć to, co mamy przed sobą!

— Zaciekawiasz mię, doktorze! Cóż w tej gromadzie larw może być tak osobliwego?

— Samo to, że jest gromadą. Istoty te, zdaje się, nie powinny by posiadać żadnego instynktu i celu do zgromadzania się na wspólne wędrówki. Te «robaki», które widzimy, są to larwy pewnego gatunku muchówek, zwanego przez uczonych pleniówką (Sciara thomae lub S. militaris); spośród tysięcy najrozmaitszych gatunków muchówek tylko te jedne ujawniają instynkt do zbierania się w długie szeregi i wędrowania z miejsca na miejsce, niby wojsko jakie... Osobliwość tego zjawiska powiększają wyjątkowe warunki, w jakich powstaje. Nie trzeba być badaczem przyrody, aby zainteresować się jak najżywiej pleniem. Chodź, lordzie, obejdziemy go całego.

— Chętnie, ale powiedz mi jeszcze, doktorze, czy to, co widzimy, jest zbitą masą robaczków, czy też obsiadły one jaki leżący patyczek i po nim wędrują?

— Broń Boże! Jest to zwarty hufiec larw pełzających przez las w postaci długiego a cienkiego węża, a tym różni się od kolumn wojskowych, że idzie nie jedną warstwą, jak ludzie po ziemi, ale na plecach pełzających po ziemi larw znajduje się druga warstwa, która po nich pełza, na tej drugiej trzecia, czwarta, piąta i niekiedy szósta! Na przedzie kolumny kroczy jedna tylko larwa, do niej przylepione dwie lub trzy inne prowadzą całe to wojsko.

Wobec podejrzanego kształtu gromady, posuwającej się powoli w obranym przez przewodniczkę kierunku, nic dziwnego, że pleń, niby jakiś wąż popielaty, swą niezwykłością i wyjątkowymi obyczajami zwrócił uwagę ludu, nastręczając nieświadomym umysłom przedmiotu do mnóstwa gadek, baśni i przesądów.

Głuche i otoczone aureolą tajemniczości wieści krążą od dawna w ustach ludu krain górzystych i lesistych, jako też po księgach dawnych pisarzy.

Znajomość plenia u ludu musi dawnych sięgać czasów, piśmienne zaś wzmianki sięgają początków XVII wieku.

Mimo jednak silnego zainteresowania się tym zjawiskiem, z przyczyny jego rzadkości niewielu dotąd naturalistów widziało plenia na własne oczy; znaczna część pisarzy powtarzała tylko podania obce, zaciemnione dodatkami zaczerpniętymi z fantazji ludowej.

Tajemnica, okrywająca historię naturalną plenia, dopiero niedawno została zdarta, a i to nie we wszystkich szczegółach jego życia.

Wiele się do tego przyczynił nasz znakomity zoolog, doktor Maksymilian Nowicki, a przed nim Hohman3, Thon z Eisenachu4 i Berthold5.

Wielu innych naturalistów, choć niezmiernie interesowało się pleniem i pisywało o nim uczone artykuły, nie wyświetliło tego przedmiotu, poprzestając na domysłach lub powtarzaniu błędnych zdań cudzych.

Znakomity ornitolog6 Ludwik Bechstein, jak sam przyznaje, przez długie lata na próżno oglądał się za pleniem, który interesował go bardziej niż wszystkie inne zjawiska związane z życiem zwierząt. Cudowność wieści o pleniu budziła w nim żądzę zbadania tego dziwu przyrody, ale lata mijały, a cud się nie pojawiał.

Dopiero 3 sierpnia 1850 roku przyjaciel jego, leśniczy Buchenröder z Oberhofu, który przez dwadzieścia lat także na próżno oglądał się za pleniem, doniósł mu, że pleń pojawił się około Lochbrunen, że go sam widział, a nadto posłał Bechsteinowi we flaszce trochę larw.

Bechstein, choć nie entomolog, wyhodował z nich muszki i jak mógł najdokładniej opisał dając bodźca do dalszych poszukiwań innym naturalistom, a szczególniej Bertholdowi.

Dotąd wiadomo, że pleń pojawia się w górskich wilgotnych lasach Szwecji, Norwegii, Turyngii, Szwajcarii i wielu innych miejscowości.

W hercyńskich i turyngijskich górach lud go nazywa Heerwurm, Kriegswurm lub Heerschlange, w Szwecji gardsdraghärmask. Co do Tatr i galicyjskich Karpat, kwestia plenia niedawno została poruszona.

Pierwszym z naturalistów, który widział tu plenia, nie znając jeszcze jego polskiego nazwiska, był mój serdeczny przyjaciel, profesor Nowicki, który idąc w 1865 roku ze Szmeksu na Łomnicę napotkał w reglach cztery małe plenie. Towarzyszył mu Wala, zwykły jego przewodnik, który — przywołany do obejrzenia rzadkiego zjawiska — zaraz miał zawołać: „Ta to pleń! teraz, da Bóg, będą dobre urodzaje! Ludzie nasi plenia spotkanego zbierają, suszą i posypują nim izby, sądząc, że się chleb trzyma domu takiego. Wróżą też, że w Polsce będzie urodzaj, gdy pleń idzie dołu (na dół) ku północy, w Węgrzech zaś, jeśli idzie w górę, ku węgierskiej7 stronie”.

Następnego roku pleń nie pojawił się w Tatrach, dopiero w 1867 otrzymał Nowicki od dr Janoty list z wiadomością, że Wala z Sieczką widzieli plenia przy Gąsienicowych Stawach na halach. Napisał też natychmiast do Wali, aby plenia odszukał i zbadał przeobrażanie się larw, ale biegły w dostrzeganiu przyrody góral nie znalazł już go nigdzie. Przedtem nieliczne osoby widziały plenia w Tatrach w roku 1861. Sieczka, Jędrzej Kubin i Tatar przyznawali mi się, że widzieli to zjawisko. Sieczka dwa razy je dostrzegał. Raz, kiedy był bardzo młodym chłopcem i pasał owce, a potem w 1867 roku, Kubin zaś raz jeden tylko.

To, co wiemy o pleniu od profesora Nowickiego, opiera się przeważnie na spostrzeżeniach w lasach pod wsią Kopaliny w Beskidach pod Bochnią, gdzie pierwszy raz w roku 1865 zwrócił uwagę mieszkańców, a następnie nadleśnego Semscha i Nowickiego, który dowiedziawszy się o odkryciu, natychmiast przybył i zajął się ścisłym zbadaniem osobliwego owada.

W dwa lata później plenie pojawiły się w tak niezwykłej obfitości, że Nowicki mógł dokonać nad nimi licznych obserwacyj, na których podstawie napisał pierwsze dzieło rzucające jaśniejsze światło na obyczaje tego niezwykłego gatunku muchówek.

— Czymże się charakteryzują te dziwne obyczaje pleniówki? — zapytał mię lord Puckins.

— Nade wszystko osobliwym popędem larw, żyjących w próchnicy, do tłumnego skupiania się w pewnej porze dojrzałości w jedno ciało wężowate i do wspólnego pełzania w tak zwartym szeregu.

Z chwilą gdy larwy, poukrywane w próchnicy między butwiejącymi szczątkami roślinności, dorosną do pewnej oznaczonej wielkości i poczują popęd do wędrówek, wydobywają się prawie równocześnie na powierzchnię ziemi i te, które najpierw wyjdą, skupiają się zaraz, tworząc małego plenia.

Ta «głowa», uporządkowawszy się należycie, pomyka naprzód, a larwy, które później wydobywają się z próchnicy, przylepiają się po drodze do niej, powiększając coraz bardziej długość i objętość kolumny. Lepka ciecz, wydzielająca się ze skóry każdej larwy, spaja wszystkie tak silnie, że tworzą razem jakby jedno wężowate ciało, które da się na chwilę podnieść bez rozerwania. Popielaty ten wąż pełza niezmiernie powoli i wytrwale po cienistych ustroniach lasu lub po drogach leśnych, a nieświadomego może w istocie zdziwić lub nawet przestraszyć.

Widywano plenie mierzące po kilka cali, po łokciu, dwa lub trzy najwięcej8. Przechowują się wszakże przesadne zapewne, bo nie sprawdzone podania w Szwecji i Norwegii, jakoby spotykano tam plenie długie na kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt łokci. Największy, jakiego widział Nowicki, miał 56 cali długości, 2 linie szerokości, a 1,5 linii wysokości.

— Ciekawym, ile nasz okaz mierzy?! — zawołał Anglik. — Wydaje mi się niezmiernie długi.

— Zmierzymy go zaraz — odrzekłem i ruszyliśmy szybkim krokiem ku przodowi olbrzymiego cielska. Rezultat pomiarów przeszedł nasze oczekiwania. Pleń mierzył 1 320 stóp długości, co dawało, podzielone przez 120, rzeczywistej długości 5,5 łokcia, czyli 132 cale!9

— Lordzie! takiego olbrzyma nie znaleziono dotąd w Karpatach i Tatrach! Niech żyje! — zawołałem zachwycony i uroczyście nastrojony.

— Niech żyje jak najdłużej na pociechę naturalistów! — zawtórował Anglik unosząc w górę czapki.

— A teraz, skoro tak wspaniałe zrobiliśmy odkrycie, musimy odżałować trochę czasu i poświęcić go na dokładne zbadanie naszego olbrzyma. Czy nie masz, doktorze, nic przeciw temu?

— Ależ przeciwnie, rad jestem niezmiernie, Puckinston będzie wprawdzie trochę później dokończony, ale za to po powrocie do świata opiszemy plenia w specjalnych organach zoologicznych. Samo znajdowanie się jego na tej wysokości, w dolinie Białej Wody, jest osobliwością10.

Podeszliśmy do «głowy» plenia, aby przypatrzeć się, jak przodowniczka wybiera drogę. Tu zauważyliśmy, że w którąkolwiek stronę zwróci się pleniówka, czołgająca się na samym przodzie, tam za nią bez żadnego wahania podąża cała armia.

Właśnie, gdyśmy się zbliżyli, pleń nadszedł nad dołek, w poprzek którego leżała gałązka niby kładka. Sądziliśmy, że przodowniczki ominą go, ale gdzie tam! Po chwili namysłu zeszły i zatrzymały się na dnie jego. Nadciągające larwy tylne to samo uczyniły — całe ich setki zapełniły dołek, a żadna nie pomyślała o przejściu na drugą stronę. Dopiero gdy zapełniły swymi ciałami wgłębienie, tworząc równą groblę, dalsze zastępy przeszły po niej i ruszyły w dalszą drogę. Było coś zadziwiającego i wzruszającego zarazem w tej ofierze nędznych robaków, jaką uczyniły dla wspólnego dobra. Dawna przodowniczka została tedy na dnie dołka, a na czoło kolumny dostała się pleniówka, która pierwsza przeszła po żywej grobli. Szybkość pochodu nie uległa przez to żadnej zmianie i mniej więcej wynosiła dwa łokcie na minutę (to jest dwa cale na pięć minut). Gdy już przednia część plenia wysunęła się poza dołek na jakich dziesięć łokci, a reszta ciągnęła przez grobelkę, przodowniczka trafiła na innego rodzaju przeszkodę, mianowicie na uschłą łodygę, wystającą pionowo ze żwirowego gruntu. Zdawało się, że teraz ominie pleń łatwo przeszkodę, lecz znów nas spotkała niespodzianka. Przodowniczka, do której tylnej części przylepione były dwie inne pleniówki, zbliżyła się do łodygi, zatrzymała, podniosła czarną główkę, jak mogła najwyżej, i — po kilku poruszeniach na lewo i na prawo — ruszyła na lewo, tuż przy łodyżce. Za nią poszły dwie towarzyszki, ale następny szereg, złożony z czterech innych pleniówek, rozdzielił się i gdy dwie z nich poczołgały się za przewodniczką, dwie drugie zwróciły się na prawo. Dalszy szereg, złożony już z siedmiu larw, także rozdzielił się na lewo i na prawo. Następnie cały pleń sunął już naprzód, dzieląc się u zapory na dwie części. Gdyby teraz obie przodowniczki zechciały obrać różne drogi, cały pleń przeciąłby się wzdłuż dobrowolnie na dwa mniejsze plenie. Sądziliśmy nawet, że to nastąpi — bo obie przednie kolumny uszły już dziesięć łokci (dwa całe) obok siebie, nie zbliżając się — gdy naraz lewa kolumna skręciła na prawo i po kilku minutach połączyła się z prawą, tworząc znowu jednolite ciało, przedziurawione w tym miejscu, gdzie wyrastała łodyga.

Patrząc dłużej, zauważyliśmy inne jeszcze zjawisko. Polegało ono na niejednakowej szybkości, z jaką posuwają się dolne warstwy plenia. Będące na spodzie idą wolniej, bo im odbiera siły ciężar dźwiganych na barkach towarzyszek, te ostatnie odbywają ruch podwójny. Są niesione przez pierwsze, jak dygnitarze dźwigani w lektykach przez niewolników, a nadto suną o własnych siłach, zdążając do celu niby dyplomaci po plecach niższej warstwy.

Znajdujące się na samym wierzchu pleniówki posuwają się z tego powodu najszybciej i wyprzedzają ustawicznie dolne warstwy, dochodząc powoli do najpierwszych szeregów. Najzręczniejsze stają się wkrótce przodowniczkami.

Niedługo wszakże cieszą się buławą marszałkowską. Wkrótce podążające za nimi zastępy coraz natarczywiej nacierają na nie, wstępują im na grzbiety, wyprzedzają i ujmują berło pierwszeństwa a cała długa kolumna przechodzi po grzbietach niedawnych dowódców bez żadnego względu na położone przez nich zasługi i dostojeństwo. Pleń ma już nowych generałów i nie troszczy się o zdegradowane jednostki, które — zapomniane gdzieś w najniższej warstwie — dźwigają ciężar swój z rezygnacją.

Czyż los tych biednych owadów nie przypomina doli, jaka spotyka zwykle i w naszym świecie wszystkich przodowników?...

*

Przodowniczki stają się czasem zgubą całego plenia. Chociaż bowiem zwykle omijają strome lub niemożebne do przebycia zapory, zdarza się niekiedy, że spotkawszy rowek z wodą, włażą do niego, a za nimi cały pleń. Wtedy topi się ich znaczna ilość albo, jeśli woda głęboka, toną wszystkie. Gdy dwa plenie spotkają się z sobą, na drodze, wtedy łączą się. Jednemu z przyrodników zdarzyło się widzieć dwa plenie idące w przeciwnych kierunkach. Skoro się zetknęły z sobą, nastąpił zamęt. Jeden wpełznął na drugiego i przez długą chwilę utworzyły rojący się kłąb. Wkrótce jednak wierzchnie larwy uporządkowały się i ruszyły przed siebie, a za nimi skierowała się reszta towarzyszek, tworząc jeden duży pleń. w tym wypadku młodsze larwy, stanowiące jeden pleń, pomieszały się ze znacznie starszymi i razem z nimi powędrowały. Obserwacja ta dowiodła naocznie, że larwy stanowiące jeden pleń nie pochodzą bynajmniej od jednej matki, ale od wielu matek. Każdy nawet pleń, choćby składał się z równych sobie pod względem wieku larw, jest zbiorowiskiem dzieci licznych matek przekonano się bowiem, że jedna samiczka złożyć może najwyżej trzysta jajeczek, gdy tymczasem niewielki pleń liczy kilka lub kilkanaście tysięcy larw.

Nasz pleń — gdyśmy wzięli pod rachunek jego długość, grubość oraz przeciętną wysokość — mógł zawierać przeszło dwadzieścia osiem tysięcy larw.

Pochód plenia jest nużący i trwa zwykle całe godziny, zależnie od stanu pogody. Zwykle ma miejsce w dni pochmurne, i to bardzo wcześnie przed wschodem słońca, a trwa kilka a czasem kilkanaście godzin, zazwyczaj dopóty, dopóki promienie słońca lub deszcz nie padną na niego. Wtedy bowiem przodowniczki zatrzymują pochód, cały wąż rozrywa się i każda z larw stara się ukryć co prędzej w próchnicy. Do rozsypki i ukrycia skłaniają także pleniówki potrzeba odpoczynku i głód, który zaspokajają butwiejącymi szczątkami mchów, korzonków i próchnicą.

Za nadejściem pory pochodu larwy tłumnie wychodzą na powierzchnię jakby za danym sygnałem, sklejają się znowu i pełzną w dalszą drogę.

— Skoro tak dobrze znasz, doktorze, obyczaje plenia, powiedz mi, co za cel mają te niedołężne larwy w odbywaniu długich i nużących wędrówek?

— Niestety! tego jeszcze nie zbadano! Pomimo najrozmaitszych domysłów popęd pleniówek do gromadnych pochodów należy do nie wyjaśnionych dotąd tajemnic przyrody. Usiłowali wprawdzie wytłumaczyć go niektórzy uczeni potrzebą wzajemnego chronienia się od obsychania na wolnym powietrzu, ale dowcipny ten domysł upadł po bliższym zastanowieniu się innych badaczy, gdyż zauważono z jednej strony, że larwy z osobna czołgające się nie obsychają bynajmniej, jeśli pełzają po wilgotnej ziemi, jak to czynią zbiorowo, z drugiej — widziano plenia zaskoczonego przez promienie słońca na twardym gruncie, gdzie nie mógł się w cień ukryć. w tym wypadku, gdyby pomysł był trafny, pleń powinien by utrzymać się w całości, aby przeczekać w skupieniu spiekotę — a tymczasem, zaniepokojony, rozdrobnił się na części, rozłączył się i większość larw obeschnięta zginęła. Łączenie się tedy larw nie może mieć na celu utrzymania potrzebnej im do życia naturalnej wilgoci, nie może także mieć na celu gromadnego przeobrażenia się w poczwarki, bo i to nie zostało stwierdzone, pozostawał jedynie domysł, że przyroda chyba na to dała im ten instynkt, aby były łatwiej tępione przez nieprzyjaciół, wiadomo bowiem, że wszelkie gromadne wędrówki zwierząt mają ten skutek. Tu podobny rezultat nie daje się dostrzegać, przed pleniem bowiem wszelkie stworzenia owadożerne trwożliwie się usuwają i nie widziano, aby go mrówki, pająki lub wije (Myriapoda) napastowały.

— Jak to, więc te szczęśliwe stworzenia nie mają swoich tępicieli?

— Owszem, i ciężki spłacają im haracz. Zacięty wróg nie opuszcza ich ani na chwilę i należy do tej samej kategorii stworzeń. Jest nim larwa pewnego pospolitego gatunku much (Cyrtoneura pabulorum), żyjąca w pleniu i razem z nim wędrująca. Gdy pleniówki żerują, larwa ta czeka spokojnie, gdy ruszają w pochód, i ona wsuwa się w szeregi i niesiona na barkach ofiar, czyni niemiłosierne spustoszenia, wysysając jedną pleniówkę po drugiej. Niekiedy pleń nosi w swym łonie kilkadziesiąt tych strasznych pasożytów, łatwo więc sobie wyobrazić, jak one dziesiątkują biedne bezbronne larwy przez parę tygodni, w ciągu których pleń wędruje. Wracając do celu zgromadzania się pleniówek, muszę ci, lordzie, jeszcze przytoczyć domysł Hahna. Według niego przyczyną i skutkiem skupiania się ma być wielożeństwo i nieruchliwość muszki pleniowej. Jest on o tyle trafny, że muszki te w istocie po wylężeniu się z poczwarek tłumnie siedzą na próchnicy i że na kilkadziesiąt samiczek zaledwie jeden przypada samczyk.

— Wiesz, doktorze, że to ciekawe stworzenia! Nigdy bym nie przypuścił, spoglądając na ociężałe i niezgrabne robaki, że posiadają tyle stron zajmujących w swojej historii.

— Nie opowiedziałem ci jeszcze, lordzie, ani połowy rzeczy zajmujących o tych stworzeniach. Niezmiernie są ciekawe przesądy, przywiązane do pojawienia się plenia. Wszędzie, gdzie się zjawiał, otaczano to dziwo całą grozą bajecznej poezji ludowej i opowiadano setki najdziwaczniejszych i okropnych rzeczy. Dla mieszkańców Turyngii, gdy idzie do góry, zapowiada wojnę, gdy na dół — spokojne czasy. Nadto rzucają mu, podobnie jak to czynią wieśniacy w Szwecji i Norwegii, w poprzek drogi suknie, kaftany lub fartuszki. Jeśli przejdzie przez przedmioty, wróżą sobie szczęście, gdy ominie, właściciel lub właścicielka pogardzonego przedmiotu umrze niedługo lub wpadnie w nieszczęście. W okolicach Babiej Góry górale twierdzą, że gdy sunie na dół, będą złe lata, gdy do góry — dobre. Kto znajdzie plenia, będzie miał szczęście i nie zabraknie mu chleba.

— Dzięki Bogu! Więc i dla nas pocieszająca to wróżba — przerwał mi Anglik śmiejąc się — będziemy mieli obiad. Chodźmy teraz obaczyć, co się dzieje z naszym pałacem; ciekawym, czy pleń usprawiedliwi swoją sławę.

I ruszyliśmy pod górę, pozostawiając armię muszą za sobą.


1 Narrator podaje tu rozmiary względne, tak jak je, pomniejszony, postrzega. Łokieć to około 60 cm, zatem larwy miały faktycznie około 7–8 milimetrów długości. Jednostki użyte w tekście: cal = 2,54 cm, stopa = 12 cali = 30,48 cm, łokieć = 2 stopy.

2 Czyli w rzeczywistości 3/4 do 1 centymetra.

3 Hohman, Der Heerwurm, Tylża, 1857. (przyp. aut.)

4 W.Erscha i Grubera Allgemeine Encyklopaedie der Wissenschaften und Künste. Lipsk, 1828. (przyp. aut.)

5 Berthold, Lehrbuch der Zoologie 1845. (przyp. aut.)

6 Ornitologia — jest częścią zoologii, zajmującą się ptakami. (przyp. aut.)

7 Pod koniec XIX wieku, gdy napisano tę powieść, obecna Słowacja była częścią Królestwa Węgier.

8 Od kilku centymetrów do niespełna półtora metra.

9 3,35 metra.

10 Te wszystkie szczegóły są autentyczne: autor spotkał opisanego plenia w roku, miesiącu, warunkach i miejscowości tu opisanych. (przyp. aut.)

 

Ziemiórka pleniówka

ziemiórka pleniówka, postać dorosła
Gromada:owady (Insecta)
Rząd:muchówki (Diptera)
Nadrodzina:grzybiarkowate (Fungivoridae)
Rodzina:ziemiórkowate (Sciaridae)
Gatunek:ziemiórka pleniówka (Licoria militaris)

Diptera to jeden z najliczniejszych rzędów owadów. Łatwo je odróżnić od innych owadów, gdyż mają tylko jedną parę skrzydeł (tylne skrzydła zredukowane są do kolebkowatych przezmianek) — stąd też często nazywa się je dwuskrzydłymi. Ziemiórka pleniówka liczy sobie 6 mm długości, jest koloru czarnego z jaskrawożółtym od spodu odwłokiem. Występuje głównie w wilgotnych lasach. Larwy ziemiórki odżywiają się szczątkami organicznymi i niektórymi grzybami. Od końca czerwca do połowy sierpnia larwy kilku gatunków ziemiórek (Licoria militaris, Licoria thomae) odbywają wspólne wędrówki w postaci długich korowodów, które tłumaczy się albo poszukiwaniem pokarmu albo wyszukiwaniem dogodnego miejsca do przepoczwarzenia.

[Na podstawie książki Adolfa Braunsa „Owady leśne”]

Niemieckie badania nad pleniem

Pierwszym, który opisał to pozornie bajkowe stworzenie, był A.Ch.Kühn — lekarz z Eisenach. Jego trzyczęściowe opracowanie, ukazało się w latach 1774–1782 i zawierało stare znane ilustracje plenia (Heerwurm). Składało się z mnóstwa opisów różnych rodzajów larw komara (muchówki), które żyją na ziemi i pod wilgotnymi liśćmi i mogą tworzyć, szczególnie nocą lub wczesnym rankiem, wspólne korowody, najprawdopodobniej w celu przepoczwarzenia się. Długie na 8 mm, zaledwie milimetrowej grubości zwierzątka z błyszczącymi czarnymi główkami, tworzą pasma na 4 m długie i sięgające kilku centymetrów szerokości.

Owad, który się w końcu z larwy przepoczwarzy nazywa się w języku niemieckim Heerwurmtrauermücke (Lycoria militaris), ta czarna muchówka ma 4,5 mm długości, jednak wydaje się, że inne rodzaje tej muchówki (Trauermückenarten) odbywają wędrówki w podobny sposób. Spośród najwcześniejszych badaczy, którzy zajmowali się „Heerwurm”, trzeba przede wszystkim wymienić J.M.Bechsteina, który usystematyzował owady należące do rodziny Schnaken i ładnie je nazwał — Tipula mirabilis. Jego siostrzeniec, Ludwig Bechstein, będący znanym bibliotekarzem i kolekcjonerem bajek w Mein, w 1850 roku otrzymał pocztą od zaprzyjaźnionego leśnika kawałek plenia, na którym przeprowadził badania, ale niestety prawie nic o tym nie napisał. Cenne są natomiast zebrane przez Bechsteina opisy przesądów wiążących się z tym zjawiskiem.

Za Thüringer Wald znajduje się las, gdzie regularnie widywano plenia. Przyrodnik A.E.Goeze w 1791 roku zaobserwował „stworzenie” zwane przez miejscową ludność „Haselwurm” i, w przeciwieństwie do J.M.Bechsteina, udokumentował swoje spostrzeżenia.

Dowody mnożyły się szczególnie w XIX wieku: Zorge 1804, 1807, 1828, 1846; Hahausen 1847, 1866, 1867, 1868; Blankenburg 1855, Gittelde 1863–1865 i 1871; poza tym koło Schulenburga i Stolbergu.

Szczególnie gruntowne obserwacje pozostawił królewski leśniczy Forster Raude z Ilefeld, działający z inicjatywy prof. Bertholda. Raude w roku 1844 i 1845 wielokrotnie spotykał plenia w swoim rewirze i donosił o tym do Gottingen oraz wysyłał pojedyncze larwy. Berthold prosił Forstera w liście z 25 lipca 1845 roku: „Proszę śledzić przeobrażenie larw i określić gatunek”. O wyniku tego polecenia Berthold komunikował następująco:

 

ziemiórka pleniówka, larwa

Forster Raude po otrzymaniu listu udał się na miejsce znaleziska plenia, szczęśliwy że go znowu znalazł, po czym pobrał do tulei botanicznej część larw z ziemi i spod korzeni. Po przyjściu do domu pojemnik zawiesił pod lipą, a małe robaki rozpoczęły swoją wędrówkę i wymaszerowały na zewnątrz przez szczelinę w przykrywce. Obeszły wokół tuleję i ponownie weszły do środka. Kierował się opinią, iż pełzające owady przeobrażą się dopiero następnej wiosny, więc nie mogąc się zdecydować, gdzie je przezimuje, zostawił tuleję wiszącą. Po ośmiu dniach zaczęło się przeobrażanie. 30 sierpnia spomiędzy jeszcze pełzających osobników wyszły przez szczeliny owady ze skrzydłami i pan Raude wysłał tego samego dnia owady nieprzepoczwarzone jeszcze i już latające.

 

Prof. Berthold określił potem te owady jako Sciara thomae.

W Kuckanstal koło uzdrowiska Sachsa niedaleko Ostara-Eiche przy Grossen Sandberg, wczesnym rankiem 17 lipca 1906 roku C.A.Schweckendiek znalazł „Haselwurm” długiego na 1 m, szerokiego na 5–6 cm, a w środku grubego na 1 cm. Cztery dni później niedaleko od tamtego znaleziska natknął się na jeszcze jeden korowód larw długi na 40 cm.

Gdy się ma szczęście, można plenia spotkać i dzisiaj, co udowadniają spotkania z nim w pobliżu Reinhardsbrunn w Thüringer Wald. Po napotkaniu go w 1983 roku, plenia zaobserwowano jeszcze dwukrotnie: 24 lipca i 2 sierpnia 1984 roku. Po raz pierwszy plenia porządnie sfotografowano. W wielu fachowych gazetach NRD pojawiły się relacje i zdjęcia. Największa z zaobserwowanych procesji larw miała 3 m długości i składała się — wbrew częstym opisom — w swojej tylnej części z pojedynczych zwierząt. Fotografie zaprzeczyły starym, błędnym opisom, powtarzanym za dawnymi przekazami. Larwy nie są — jak to najczęściej opisywano — połączone śluzem. Na tę pomyłkę wskazywał już Bechstein w swoich relacjach pochodzących z początku XX wieku.

[Informacje ze strony: http://www.markuskappeler.ch/taz/tazs/haselwurm.html]

Pleń w różnych językach

polski: pleń, robak hufcowy, ziemiórka pleniówka
angielski: army worm (uwaga: tym samym mianem określa się na co dzień w USA szkodnika upraw, pojawiającą się w ogromnych gromadach gąsienicę ćmy Pseudaletia unipuncta)
estoński: vainuköis(?)
fiński: aarremato, helmikäärme
niemiecki: Heerwurm, Kriegswurm, Heerschlange
rosyjski: ратный червь
szwedzki: härmask, luskung, ormdrag, daggorm, silverskred

Inne dostępne w Internecie źródła informacji o pleniu

Strony w języku polskim:

 

Strony w innych językach:

 

Elżbieta Lesiak
,
W.Kotwica

Ostatnia modyfikacja: 2010-03-08