VI.

Dawniejsze życie towarzyskie wśród chłopów. Schadzki sąsiedzkie. Zabawy niedzielne. Wesela: swaty, spraszanie na wesela, rózgowiny, orszak ślubny, w karczmie i na gospodzie, zwyczaje i obrzędy weselne. Muzyka. Chrzciny. Przezwiska. Figle i zakłady. Pijaństwo na zabawach i przy różnych okolicznościach. Misje przeciw pijaństwu.

Co do stosunków towarzyskich chłopi żyli dawniej w oddzielnej gromadzie, prawie wyłącznie sami między sobą, co zresztą z pewnemi zmianami dotychczas przetrwało.

Dzikowscy chłopi i z innych wsi okolicznych przyjaźnili się często z mieszczanami tarnobrzeskimi, zapraszali ich w kumy, na wesela i inne zabawy i wzajemnie przez nich byli zapraszani. Sami między sobą schodzili się chłopi jużto na zwyczajnych schadzkach sąsiedzkich, jużto na zabawach. Odbywało się to częściej niż obecnie, bo teraz żyje każdy sam dla siebie.

***

Schadzki odbywały się w zimie wieczorami po domach, latem zaś w niedziele i święta siadywali gromadnie na murawie w miejscu dogodnem przy drodze i rozgadywali się najchętniej o pańszczyźnie, która niedawno ustała, o wojnach, które starsi zapamiętali i straszyli się wojnami, które przyjść mogły; dalej opowiadali o cholerach, jakie grasowały, o czarach i strachach. Nadto lubili różne opowieści, żarty, zagadki i przepowiednie, nowiny i wypadki, jakie wydarzyły się we wsi i okolicy.

To wszystko znaczyło dawniej tyle, co dziś czytanie książek lub gazet, a kto umiał opowiadać, tego obsiadali dookoła i słuchali jak żydzi rabina i wierzyli każdemu opowiadaniu jak dziś wielu daje wiarę każdemu drukowanemu słowu.

Co do przepowiedni, mówili naprzykład, że nastaną takie czasy, iż drogi będą kamienne, a niejeden nie mógł wyjść ze zdziwienia, jakby to być mogło, żeby droga była kamienna, bo wszędzie widziało się tylko drogi zwyczajne, podobne do dzisiejszych polnych. Albo przepowiadali, że będzie wisieć kłódka u lasu, to jest, że lasy będą zamknięte, podczas gdy dawniej lasy były dla ludzi i wolne i każdy mógł dowolnie korzystać z drzewa i wszystkiego, co las daje, jak dziś korzysta z powietrza i wody.

A przecież te dziwne przepowiednie spełniły się, bo dziś powiat tarnobrzeski, jak i inne, poprzecinany jest pięknemi drogami kamiennemi, t. j. szutrowanemi, i pamięć o dawnych kiepskich drogach ginie. I wstęp do lasu dziś niedozwolony, podobnie jak do ogrodu, a drzewa nieraz nawet za drogie pieniądze nie można dostać — bo co lepsze, wysyła się za granicę.

Mówili też, że przyjdzie na świecie do wielkiej wojny i ludzie tak wyginą, że człowiek człowieka o siedem mil będzie szukał i będzie się cieszył, jak się jeden z drugim spotka. A zacznie się ta wojna od małego państwa i mały dużego pobije, co tak pewnie trzeba rozumieć, że mniej liczne narody, ciemiężone przez wielkie mocarstwa, w tej wojnie głowę podniosą, uwolnią się z przemocy i przyjdą do znaczenia. To teraz zdaje się sprawdzać.

Mieli też różne przysłowia, któremi posługiwali się w stosownych okolicznościach i które wyrażały ich sposób myślenia. Było naprzykład przysłowie: »Na miejscu kamień obrasta«, co tak rozumieli, że gospodarz czy sługa wtedy się czegoś dorabia i do czegoś dochodzi, gdy siedzi w jednem miejscu i pracuje, a nie przenosi się z miejsca na miejsce. — Mówili też: »Dlategoś głupi, bo cię bieda łupi«, to znaczy, kto ma majątek, uchodzi za mądrego, a biedaka, choćby był mądry, w głupiego obracają. Wyrażali to także w przysłowiu: »Biednemu zawsze wiatr w oczy wieje«. Było również przysłowie: „Zatykaj okna gnojem, a jedz chleb ze spokojem”, t. j. nie rób wielkich wydatków i długów, ale poprzestaj na tem, co masz i nie narażaj się na niepewną przyszłość. — Na wyrażenie zaś myśli, że każdej sprawy należy przypilnować i wszystko robić w stosownym czasie, mieli przysłowie: »Wtedy na grzyby chodzą, jak się rodzą«. O takim, co mówił, że ma dużo do roboty, a owoców tej pracy nie było widać, mówili: »Ma dużo prać, a mało wieszać«. — O takim zaś, co był do roboty niezdatny, »doniczego«, mówili: »Można się nim podeprzeć, jak dziad złamaną pałą«. Używali też przysłowia: »Mądry głupiemu ustąpi«, i na poparcie tego zdania mieli taką gadkę:

Zjechały się raz na drodze z dwóch przeciwnych stron dwie królowe i jedna drugiej zjechać z drogi nie chciała, żeby nie okazać się niższą w godności. Więc stały w miejscu i pisały do mężów, co mają robić. Mężowie odpisali, że która mądrzejsza, ta pierwsza ustąpi. Gdy królowe otrzymały takie odpowiedzi, każda chciała okazać się mądrzejsza i na bok zjechać, więc musieli dopiero przybyć miernicy i wymierzyć na cal, żeby jedna więcej nie ustąpiła, niż druga

***

Co do zabaw, to dawniej bawili się więcej, niż dzisiaj. Prawie nie było ani jednej niedzieli lub święta, żeby nie było »muzyki« czyli zabawy w Tarnobrzegu, a najsłynniejsze były u Sruły, na ul. Browarnej, i u Szrajbra, na ul. Mokrzyszowskiej. Grali sami żydzi w swoich domach, poczynając niedługo z południa, czasem przez całą noc aż do rana. Płaciło się za każdy taniec, przyczem ten więcej tańców płacił, kto miał więcej pieniędzy, lub szło to koleją: raz płacił ten, drugi raz inny. Taniec kosztował 10 cent., a grali go najwięcej 20 minut.

Na granie schodzili się ludzie wsiowi z Dzikowa, Miechocina, a także z innych pobliskich wiosek, nadto mieszczanie tarnobrzescy i sługi dworskie. W tańcach brali udział najwięcej młodzi parobczaki i dziewczęta, ale nie brak było i starszych, żonatych, a słuchaczów i przyglądających się bywały takie gromady, że aż ciasno było w izbie i przed domem. Bo też tam było co widzieć i słyszeć, między tańcującymi bowiem nie brak było zuchów, wystawiających się jeden nad drugiego różnemi śpiewkami i żartami; z tych dosyć było nieprzyzwoitych i niemoralnych, któreby dzisiaj nie uzyskały pochwały, a w owych czasach uchodziły za stosowne i przyczyniały się do większej zabawy i rozweselenia uczestników.

Grajek, czyli »muzykant«, musiał grać tak, jak tańcujący zaśpiewał. Nieraz muzykant nie mogąc wygrać nuty, wił się, jak wąż i nierzadko się trafiało że spadał mu za to bat na plecy, a nawet nie było zabawy, żeby muzykanci coś nie oberwali, czasem i dobrze. Ale nie było o to żadnej skargi, bo była taka zasada, że »kiedyś się podjął, to graj, jak ci każę, bo ci za to płacę, a jak nie umiesz, to się do tego nie bierz«.

W domu, gdzie w niedzielę i święto grała muzyka, całym gospodarzem był żyd: zapobiegał większym nieporządkom między zgromadzonymi, wypędzał chłopaków, jeśli zanadto tłoczyli się w izbie.

Raz spotkała mnie na takiej muzyce niemiła przygoda. Gdym był wyrostkiem, pociągnął mię raz na muzykę służący od sąsiada, starszy odemnie. A nietrudno mi było wymknąć się na zabawę, jeździłem bowiem z końmi na nocną paszę, więc można było konie na pastwisku dobrze spętać i wybiec do miasta. Wyjeżdżając wtedy, wziąłem czystą kamizelę pod starą sukmanę, jak mi doradził ów służący.

Gdyśmy przyszli na muzykę, kolega mój, jako starszy, brał się do tańca, ja zaś przyglądałem się zabawie, stojąc w kącie, przy piecu, gdzie tłoczyła się gromada chłopaków, poszturkując się i zawadzając tańczącym. Nagle, jak jastrząb, wpadł z harapem w tę gromadę Szrajber: chłopaki rzucili się ku drzwiom, tylko ja, nie poczuwając się do winy, nie uciekałem.

Wtedy Szrajber ściągnął mnie harapem przez cienką kamizelę tak, że potem przez kilka dni miałem pręgę na plecach i dobrze to czułem. Już też odeszła mnie ochota od zabawy i wróciłem zaraz do koni, a parobek sąsiadów bawił się aż do rana.

***

Najważniejszą jednak rozrywkę w życiu chłopskim stanowiły wesela. Obfitowały one w przeróżne ceremonje i zabawy, które dziś w przeważnej części z życia ustąpiły.

Co do ożenku, nie było dawniej żadnego przebierania: parobczak był w każdym domu z chęcią przyjmowany, czy to był komornik, zagrodnik, lub syn kmiecy, aby miał tylko ręce do roboty. Nawet kmieć, mający jedynaczkę, przyjmował za zięcia komornika, powiadając mu przytem: »Jak będziesz pracował, to twoje — grunt, budynki i wszystko, co Pan Bóg dał«. Głównie chodziło o to, żeby pracować.

Jak dziewczyna wychodziła za gruntowego parobczaka, to matka tegoż zachwalała przyszłe życie swojej mianowanej synowej zwyczajnie w ten sposób: »Nie turbuj się, moje dziecko, nie będziesz miała u mnie źle, roboty nie będzie ci brakować; mam co prząść, co mleć, tłuc; jest parę bydląt, świń, — będziesz miała koło czego chodzić, żebyś mogła tylko wszystkiej robocie dać radę«.

A znów matka dziewczyny, chwaląc ją, mówiła: »Nie będziecie-ta, swatowo, z mojej córki mieć krzywdy, ona tam darmo rąk nie położy, będzie kontenta, że będzie miała co robić; a do tego nie przyjdzie do was goła, ma parę wdziewków, smat, — ze dwa roki nie potrzebujecie jej okrywać; dostanie też ze dwie krowy i co tam Pan Bóg ma przy domu, to się jej nie będzie żałowało«.

Nie było tam mowy o gruncie, zapisach, pieniądzach. Naprzykład dziadkowie moi wydali młodszą córkę, a mojej matki siostrę, na gospodarstwo 18-to morgowe i zawsze mówili, że dobrze ją wywianowali, bo dali jej dwie krowy, kobyłę i konia, parę świń, dobrą przyodziew czyli chusty, pościel, skrzynię, beczki na zboże, a później pomagali jej i dodawali, co brakowało, po parę reńskich i zboża na przednówku. Nawet przy śmierci przypominali mi, że się jej już nic nie należy, bo została dobrze wywianowana. Nikt wtenczas nie słyszał, żeby wianować gruntem. W ogóle całe wiano było z obory, do tego też odnosiła się śpiewka:

„Dopiero cię, moja matko, głowa zaboli,
Jak ty będziesz wydawała wiano z obory”.

Dziewczyna na wydaniu wyglądała rychło, jaki kawaler przyśle starościnę z flaszką wódki na swaty. Flaszka taka była owiązana wstążką, a dla dziewczyny było to zaszczytem, jak wstążka była ładna, to zaraz w niedzielę wplatała ją sobie do włosów, a z tego już każdy wiedział, że będzie wesele.

Starościna przyszedłszy z wódką, stawiała ją na stole, ale nikt jej nie śmiał tknąć, aż panna młoda sprosiła wszystkich krewnych, sąsiadów, którzy, schodząc się, zwracali uwagę na tę flaszkę z wstążką. Dopiero panna młoda odwiązywała wstążkę, nalewała pierwszy kieliszek i piła do narzeczonego. A wszyscy przytem dawali baczność, żeby pełny wypiła, boby się im w gospodarstwie nie wiodło. Zaś narzeczony pił zaraz zdrowie rodziców i wszystkich gości sproszonych. Wtenczas dopiero zaczynała się uczta na dobre, pili nie tylko z tej flaszki ze wstążką, ale i parę innych wypróżniali, bo już panna młoda przez przyjęcie wstążki i wypicie wódki do pana młodego dała dowód, że za niego wyjdzie.

***

Na dwa tygodnie przed weselem panna młoda ze starszą druhną zaczynały spraszać gości. Obie były ubrane jednakowo, głowy miały przybrane w różne kwiaty i listki, a po plecach spływały im wstążki różnego koloru. Spraszały krewnych, przyjaciół, sąsiadów i znajomych, chwytając nisko pod nogi starszych i młodszych, gdzie kogo zastały: w domu, na obejściu czy na drodze. I zapraszały usilnie: »Kazali was tata i mama prosić, żebyście przyjechali na wesele, tylko przyjedźcie z pewnością i nie odmawiajcie się«.

Oj, nakłaniały się one, bo to chwytanie, zapraszanie jednego nawet po kilka razy trwało przez 3 tygodnie, aż się wesele skończyło. Panna młoda chwytała zawsze pierwsza, a starsza druhna za nią i po tym można je było rozróżnić.

***

Wesele poprzedzały rózgowiny, t. j., wicie rózgi czyli wianka. Odbywały się one wieczór w przeddzień ślubu w domu panny młodej. Rózga składała się z siedmiu odnóg czyli gałązek przybranych zielem i wstążkami i miała kształt głowy panny młodej ubranej do ślubu. Przy wiciu jej było wiele ceremonij i śpiewów obrzędowych, które kończyły się dopiero nadedniem. Rózgę tę niósł następnie do ślubu starszy drużba i on ją miał w ciągu całego wesela, a dopiero w czasie czepin oddawał ją starszej starościnie.

***

Wesele sprawiał ojciec panny młodej. W dniu ślubu zaraz z rana zaczęli się zjeżdżać na gospodę, t. J,. do domu panny młodej sproszeni goście: starostowie, starościny, drużbowie, druhny — wszyscy w strojach narodowych, ubrani jak najczyściej. Każdy drużba musiał mieć sukmanę białą, czerwoną rogatkę, a za czapką bukiet, i do ślubu musiał jechać na koniu.

Orszak weselny wyruszał do ślubu w następującym porządku: naprzód jechali drużbowie na koniach, za nimi grajkowie na wozie, następnie wóz z panną młodą, a koło niej po jednej i drugiej stronie jechało 4 do 6 drużbów na koniach. Między nimi był także pan młody, — i tak cały orszak jechał wóz za wozem.

Każdy drużba zaopatrzony był w harap kozacki, którego rzemienie umocowane były zwyczajnie na nóżce sarniej. Harap ten miał zawieszony na rzemyku u prawej ręki i nie rozstawał się z nim w ciągu całego wesela.

Najmniejsze wesele było, jak jechało 20 wozów, na większem było 40. Zaszczytem było dla gospodarza, jeśli na ślub zjechało się jak najwięcej wozów. Od ślubu powracali tym samym porządkiem. Grajkowie grali przez całą drogę do ślubu i od ślubu.

Fury jechały wartko, kto miał lepsze konie, starał się drugich wymijać. Przy tym mijaniu się, a także na skrętach, bywały wypadki, że fury się wywracały i niejeden tracił przytem życie lub nabawiał się kalectwa.

Konie, któremi często jeżdżono na wesela, przyzwyczajały się do tej szybkiej jazdy. Jak tylko zaczęli śpiewać, muzyka zagrała, z batów strzelili i rózgą zaczęli wywijać, one już nie mogły dostać w miejscu, stroiły się do biegu, drugie tyle ich przyrastało, a gdy ruszyły, to szły równo z wiatrem, bez względu na drogę, czy był piach, czy błoto, góra, czy skręt. Tak szły jednym cięgiem do ślubu i od ślubu. Odetchnęły tylko tyle, co pod kościołem, gdy ślub się odbywał.

Bywały konie »weselne« strojne, sławne z tego, że dobrze szły na weselach. Gospodarza takich koni prosili chętnie na wesela, na takim wozie jechała panna młoda, której gospodyni ustępowała miejsca i przesiadała się na inny wóz. Albo też konie takie do ślubu wypożyczali lub wynajmowali.

Trafiały się też konie znarowione, takie, że w zwyczajnym wozie ciągnąć nie chciały, ale gdy furman udał wesele, zaśpiewał, z bata wystrzelił, czapkę niby rózgę do góry podniósł, to konie takie ruszyły z najcięższą furą i szły do wycwału jak w czasie jazdy weselnej.

Najwyższym dostojnikiem wesela był starszy starosta i starsza starościna, a dalej starszy drużba i starsza druhna. Zresztą wszyscy żonaci nazywali się starostami, a mężatki starościnami, na wsiach lasowskich zaś swachnami lub swachniczkami i na weselu co do godności byli sobie równi.

***

Całe wesele odbywało się głównie w karczmie. W karczmach ówczesnych były zwyczajnie dwie obszerne izby: jedna, w której w czasie wesela grała muzyka i odbywały się tańce, i druga, zastawiona stołami, gdzie weselnicy jedli i pili. Przekąski podawały starościne, każdego dnia inne; najpierw zwyczajnie starsza starościna, a potem inne z bliższa i z dalsza. Częstowały tym, co z domów przyniosły: plackiem, kiełbasą w zapusty, serem w lecie. Placek ten i coś do placka, pokrajane, brały w zapaskę roznosiły między gośćmi weselnymi. Traktowały wszystkich obecnych, nie pomijając i muzykantów. — Trunki, wódkę i piwo podawał tu karczmarz, a płacili za nie starostowie, każdy po kolei raczył trunkiem wszystkich za stołami. Gospodarz wesela nic w karczmie nie podawał, tu goście go częstowali, jeżeli się na muzyce pokazał. Podejmował on zaproszonych tylko w swoim domu.

Pierwszego dnia dopiero koło godziny 10 wieczór panna młoda spraszała gości na gospodę, tj., do swego domu na obiad, gdzie wszyscy szli z grajkami, a po obiedzie powracali do żyda i bawili się do rana.

Na drugi dzień starosta i drużbowie obchodzili z grajkami do domu każdego, kto był na ślubie i spraszali na śniadanie na gospodę, przyczem w każdym domu byli przyjmowani poczęstunkiem. Po tem śniadaniu, które wypadało nieraz w południe, szli znowu wszyscy do żyda i bawili się tam dalej prawie do północy, a potem przychodzili znowu na obiad na tak zwaną gospodę.

Jednym słowem, goście bawili się u gospodarza wesela tylko tyle, co schodzili się na obiad późnym wieczorem i na śniadanie koło południa, a resztę czasu spędzali na zabawach w karczmie. Każde prawie wesele zaczynało się w niedzielę wieczór wspomnianymi rózgowinami i ślubem w poniedziałek rano, a ciągnęło się do piątku.

Ponieważ dużo było sproszonych, więc tak w karczmie, jak i na gospodzie panował zwyczajnie wielki natłok. W tańcu nigdy ochotnych nie brakło, co się jedni zmęczyli, to drudzy następowali. Najnieszczęśliwszy był skrzypek, bo musiał grać prawie bez przerwy, każdy mu śpiewał inaczej, a on musiał wygrać. A gdy się czasem w czasie grania zdrzemnął, to go któryś z drużbów batem przez plecy ściągnął tak, że mu się na całe wesele spać odechciało.

Tańcami i w ogóle weselem kierował starosta, on rozkazywał, a każdy go słuchał. Drużba, skoro przyszedł z rana i chciał tańcować, musiał wpierw iść do starosty, pokłonić się mu i poprosić o pozwolenie, a do tańca zdjąć sukmanę czy kamizielę. Taki był przepis i nikt nie mógł się z pod tego wyłamać.

Na gospodzie z powodu ciżby goście nie siedzieli, ale przeważnie stali, ale i tak jeszcze nie mogli pomieścić się w domu i dużo stało na dworze pod ścianami, koło płotów i t. d. Gospodarz musiał wszystkich obchodzić, częstując ich wódką lub piwem, a za nim szła gospodyni, obnosząc chleb i ser pokrajany na przetaku. Takim poczęstunkiem gość był już mniej więcej zadowolony, zwłaszcza gdy widział dobrą chęć gospodarza, —ale gorzej było, gdy wystał się pół dnia i nic nie zjadł i nie wypił, bo w natłoku gospodarz go nie zauważył, a sam nie śmiał się o poczęstunek upomnieć. — W ciżbie tej jedni byli za dużo częstowani, a inny wracał do domu o głodzie złoszcząc się, »że go na wesele zaprosili, a nawet nie widzieli«.

***

Na wesele była zawsze zarzynana krowa, a czasem dwie, — ale kupowali na to najczęściej krowę starą i chudą albo z jakąś wadą, n. p. przebodzioną, kulawą, która dla żyda się nie nadawała, więc na mięso z niej trzeba było dobre mieć zęby. Był też zwyczaj, że starościny, pochodzące z bliższa, prócz tego, co składały z rzeczy spożywczych pannie młodej w darze przed ślubem, w ostatnie dni wesela znosiły na gospodę placki, nabiał, wódkę, nawet żywy drób, który zaraz był zarzynany i gotowany, a to wszystko było »„na poprawę wesela« i »żeby oddać to, co się na weselu zjadło i wypiło«. Każda starościna tem częstowała, co z sobą przyniosła.

W kilka lat po ożenieniu byłem z żoną na weselu na lasach, w Tarnowskiej Woli, oddalonej o 3 mile od Dzikowa. Żenił się tam u Rębisza nasz sąsiad. Gości przyjmowali plackiem z razówki, nabiałem i wódką. Mnie z żoną przyjmowali osobno, podali nam rosół i mięso. Słyszałem więc jak inni szeptali do siebie z tego powodu: »Będzie Rębisz to wesele pamiętał, bo gości ma z Dzikowa i mięso dla nich umyślnie kupował«. A Rębisz nie liczył się z tym, że ma wydatki, cieszył się, że sprawił duże wesele, że ma zdala gości i śpiewał skrzypkom do tańca:

„Niech się gro, niech się tońcy,
Niech się razem bida końcy”.

Przy końcu wesela, po ostatnim obiedzie, odbywały się czepiny, które trwały nieraz całą noc. Zaczepiała pannę młodą starsza starościna w czapkę przez siebie sprawioną. Czepiny były połączone z mnóstwem ceremonij, a całemu temu obrzędowi towarzyszyły śpiewy, z których niektóre kobiety słynęły.

Śpiewek weselnych było bardzo dużo na przeróżne melodje. Mężczyźni śpiewali w tańcu przed skrzypkami, kobiety zaś przy obrzędach, na rózgowinach czyli przy wicu rózgi, przy rozplecinach czyli przed wyjazdem do ślubu i przy czepinach. Niektóre z tych śpiewek obrzędowych były bardzo rzewne i wzruszały słuchaczy do płaczu, a były śpiewane przy wtórze skrzypka.

Każdy, kto był na weselu, musiał stracić gotówką najmniej 10 reńskich i to przeważnie na trunki w karczmie, częstując według zwyczaju wszystkich obecnych na zabawie i nawzajem przez nich częstowany. Uchodziło to za rzecz niehonorową, gdyby ktoś swojej kolejki nie zapłacił i drugich przy częstowaniu pominął, mówili o nim, że »od drugichby pił, a swego nie da«. Na zabawy więc, wesela i chrzciny, były wówczas wydatki największe, zwłaszcza gdy gospodarzowi trafiło się kilka razy do roku być na takiej zabawie w swojej lub obcej wsi.

We czwartej późno w noc kończyło się granie i wesele. Ale jeszcze w piątek, a czasem jeszcze w sobotę odbywały się tak zwane poprawiny, — goście schodzili się na gospodę, robili składki na wódkę lub piwo, popijali i pogadywali, jak zwykle przy kieliszku.

Była gadka o gospodarzu, który, wyjeżdżając na wesele na drugą wieś, starał się swój inwentarz żywy aż do swego powrotu jako tako zabezpieczyć. Więc krowę dał do sąsiada, żeby była dojona i mleka nie straciła, cielęciu zadał w stajni karmy do żłobu i za drabinkę, wieprzkowi w chlewiku do korytka, a dla drobiu posypał ziarna na oborze. Ale cielę wnet miało pusto w żłobie i za drabinką, bo wiele paszy ściągnęło pod nogi i zdeptało, wieprzek też dużo z korytka wywalił i zmizerował, a ziarno rozsypane dla drobiu wyzbierały w znacznej części inne »gady«. Więc powstał głód w oborze, nie uczuwały go jedynie gęsi, bo mogły skubać trawę na dziedzińcu, i kaczki, bo miały wodę w pobliżu. Zaczęła się tedy taka rozmowa wśród tej opuszczonej żywizny:

Cielę beczało żałośnie: »Dokąd to wesele be-e-dzie”« a gąsior odzywał się na to : »Tydzień, tydzień, tydzień!«

Wieprzek pomrukiwał z cicha: »Zdechnę już, zdechnę już«, — na to kaczor, pływając po wodzie, odpowiadał: »Dobrze ci tak, dobrze ci tak«.

Indyczka, chodząc koło ścian, labidziła: „Oj, bida, bida, bida, bida, bida”, a indyk bulkotał ze złością: »Djabli by tu wysiedzieli«.

Jeżeli panna młoda była z innej wsi, to nazajutrz po zaczepieniu jej, t. j. we czwartek, odbywały się przenosiny jej do domu pana młodego. Przy tych przenosinach każdy z uczestników wesela starał się coś zabrać (porwać) rodzicom panny młodej na nowe gospodarstwo: brali międlice, przęślice, obrazy, różne sprzęty, bułki chleba i t. d. i każdy następnie, jadąc na furze, trzymał, co zabrał i przekazywał się tem.

Na weselu Tracza z Dzikowa, gdy panna młoda pochodząca z Nagnajowa przenosiła się na gospodarstwo pana młodego, fury towarzyszące jej zajęły w Dzikowie całą ulicę Połać.

Z weselami łączyły się niekiedy brzydkie zwyczaje. Na wesela brali n. p. z sobą dzieci, zwłaszcza, gdy wesele było u krewnego, a dzieci nie było przy kim zostawić. Prowadzili je na gospodę i do karczmy i dawali im, co było na stole, nawet wódkę. Pamiętała też o nich kucharka i gospodyni i dawała, co zostało ze stołu, ale przedtem musiały pouklękać i mówić pacierz. Czasem cisnęło się na wesele więcej dzieci niż starszych, bo zbiegały się i obce, których rodzice nie byli proszeni. Była to plaga dla gospodarza: dzieci, wygnane z izby, kręciły się w sieni albo przed domem; nie można się było z niemi ugnać. Czasem któryś starosta odpasał pasa, przetrzepał je i odpłoszył, ale znowu się cisnęły, jak wróble zimą do stodoły. Nie podobało się to już wtedy ludziom rozważniejszym.

Byłem raz na weselu w Suchorzewie, gdzie mię sadowili na pierwszem miejscu i starali się dobrze uraczyć. Kucharka podała mi flaki, ale przytem upominała: »A miejcie się na baczności, żeby wam kto miski nie odebrał«. Ledwie jednak miskę przede mną postawiła, już ktoś z tyłu stojący porwał to dla siebie. Więc przyniosła mi drugą miskę i znowu mnie upomniała, żebym się przed drugimi pilnował. Tymczasem, gdy ona nieco się ze mną zakramarzyła, objaśniając mnie o panującym tam zwyczaju, że jedni drugim jadło porywają, inni wykradli jej z kuchni cały kocioł z flakami i tak się ukryli, że dopiero nazajutrz rano znaleziono kocioł za stodołą, zupełnie wypróżniony.

Dobrą opinję miały zawsze wesela w Machowie, że ludzie bawili się tam spokojnie, bez bitek, grzecznie się z sobą obchodzili, starszyzna miała posłuch.

Najwięcej słynęli tam gospodarze Wojciech Żak i Grzegorz Stec. Gdy przychodziły czepiny i oni występowali, to zbierała się cała wieś, starsi i młodsi, jak na teatr, tłoczyli się przez drzwi i okna, żeby się napatrzeć rozmaitym figlom i nasłuchać przeróżnych żartów, które rozgrywały się przez kilka godzin i całą noc.

Ujemną stroną dawnych wesel było też to, że trwały zbyt długo, przez co gospodarstwo było zaniedbywane i że odbywały się po karczmach wśród pijatyki, na czem żydzi w owych czasach dobrze zarabiali i bogacili się.

Nie brak jednak było w dawniejszych weselach obrzędów i zwyczajów prawdziwie ładnych, narodowych, ludzie się nabawili, nacieszyli, nagadali. Szkoda, że to wszystko obecnie zatracone, a zachowała się w całości jedynie rzecz zła, t. j., pijatyka. To też teraźniejsze wesela są mniej ciekawe i mniej na nich się bawią, niż na dawnych i wogóle po wsiach daje się uczuwać brak dobrych i godziwych zabaw, i ludność czas wolny od pracy spędza w gnuśności lub przesiaduje po karczmach.

***

Na weselach grywali zawsze muzykanci chłopscy, a tylko na zabawach niedzielnych w mieście grywali żydzi. Muzyka chłopska wówczas składała się z dwojga skrzypiec, z basów i bębna, przyczem buczenie basów i odgłos bębna wybijał się najwięcej i zdala już dawał się słyszeć. Dopiero później do tego dołączył się klarnet i flet i w tańcu lepiej podcinał.

Takie muzyki były po niektórych wsiach okolicznych a najlepsza przez długi czas utrzymywała się w Ocicach. Muzykanci grali zawsze tak, jak kto zaśpiewał. Za granie na weselu płacił im pan młody, czasem tylko któryś starosta lub drużba z własnej ochoty rzucał do basów coś grajcarów i sobie grać kazał.

Pierwsza nowoczesna kapela muzyczna w powiecie powstała w r. 1881 w Miechocinie, a wykształcił ją tamtejszy nauczyciel Wojciech Skowroński z młodzieży szkolnej. Kapela ta składała się z 10 chłopców, grających z nut i utrzymywała się przez lat dziesięć, dopóki muzykanci nie rozprószyli się po kraju z powodu służby wojskowej i zajęć zawodowych.

***

Po zabawach weselnych następują zazwyczaj chrzciny, więc i te w krótkości opiszę.

W owych czasach nikt nie słyszał o akuszerkach egzaminowanych, tylko w każdej wsi były tak zwane babki, udzielające pomocy przy połogach na podstawie własnej praktyki. Skoro dziecko przyszło na świat, jedną z pierwszych czynności babki było przepalić wódki z miodem i szmalcem tak, żeby było dwie szklanki lub dwa garnuszki. Z ego jeden wypijała babka, a drugi dawała położnicy, dopędzając ją przytem słowami: »Pijcie, pijcie, niech się napełni ten dołek, gdzie leżał ten pachołek, — zaraz będzie wam lepiej«.

Położnicę odwiedzały zaraz sąsiadki i kumoszki coraz inne, a każdą należało przyjąć poczęstunkiem, wódką i przekąską. A gdy za dzień lub dwa kumowie do chrztu pojechali, był zwyczaj, że po chrzcie nie wracali prosto do domu, ale wstępowali po drodze do karczmy lub szynku i dobrze tam popijali — i dziecięciem świeżo ochrzczonym wycierali nasamprzód kąty żydowskie; nie zapominali też o położnicy i przywozili jej w darze napitek i przekąski.

A tymczasem domowi spraszali gości na chrzciny, t.j., na zabawę po chrzcie. Znów był zwyczaj, że żadna sąsiadka czy kumoszka nie przyszła z próżnemi rękami, ale co mogła: — bułki, jajka, słoninę i czasem coś do napitku każda przyniosła, i to wszystko dla położnicy w głowy pod poduszkę składały tak, że poduszka musiała się wysoko podnieść, a położnica wskutek tego nie leżała, ale siedziała w łóżku.

Chrzciny trwały często do trzech dni wśród zabawy, wesołych śpiewów, pogadanek, a najwięcej weseliła wszystkich babka, która zazwyczaj ze wszystkich najwięcej lubiła sobie podpić. Bo też za całą usługę przy chorej przez kilka dni bardzo mało brała pieniędzy, najwięcej reńskiego, a nieraz całą zapłatą było to, co zjadła i wypiła. Starsi mianowali ją kumoszką, a dzieci babką, ona też wszystkim, gdzie przy połogu była, mówiła: »kumie, kumo«, a dzieci nazywała wnuczkami.

Po takim połogu i chrzcinach chora najpóźniej po tygodniu wstawała z łóżka i brała się do zwyczajnej roboty i była zdrowa, ale też nieraz trafiało się, że traciła zdrowie, a nawet życie, a to szczególniej przez te następujące zaraz po narodzinach chrzciny, na których goście swobodnie i głośno się bawili bez względu na chorą położnicę, i odchodziła wódka, którą i chorą raczyli.

***

Prawie każdy chłop w owych czasach miał jakieś przezwisko albo przydomek, według których był we wsi znany i nazywany. Tak n. p. Wojciech Łuczak z Podłęża nazywany był Pończochą, Józef Słomka z Podłęża Rychlickim, Michał Wiącek z pod Nru 53 Kwapiszem, Józef Wójcikowski Drabem, Ignacy Gronek Kozieją, Jan Szczytyński Rysiem, Jan Mortka z pod Nru 27 Karolikiem, Stanisław Antończyk Mastelarczakiem i t. d. i t. d.

Niejeden znany był więcej pod swojem przezwiskiem, niż pod nazwiskiem, albo nawet tylko pod przezwiskiem. Na przykład Łuczaka nazywali powszechnie tylko Pończochą, Wójcikowskiego Drabem, Mortkę Karolikiem i t. d. i oni sami podawali przezwiska zamiast nazwisk przy spisywaniu aktów urzędowych i w innych okolicznościach. Niektórzy nie znali nawet swoich właściwych nazwisk i naturalnie o przezwiska nigdy się nie obrażali.

Mortkę nazywali Karolikiem z powodu, że jego dziadkowi było na imię Karol. Antończyka Mastalerczakiem, ponieważ ojciec jego był masztalerzem czyli stajennym u hrabiego, — przeważnie jednak nieznane były początki różnych przezwisk i przydomków.

***

Wspomnę o figlach chłopskich, których nie brak było szczególnie w czasie zabaw.

Najwięcej figlów robili chłopi z żydami. Uważali ich za bojaźliwych, których można czembodaj nastraszyć i wyprowadzić w pole.

W Dzikowie za mojej pamięci szczególnie Wiącek Jan znany był z takich figlów. Raz n. p. kazał przyjść do siebie handlarzowi zboża, mówiąc, że ma beczkę nasienia koniczyny na sprzedaż. Naprawdę nasienia tego miał tylko odrobinę i chciał się tylko żydowi odpłacić za popełniane przez niego oszukaństwa.

Wiedział, że handlarz ten, badając ziarno, miał zwyczaj zawijać rękaw i z całej siły wbijał rękę, zaciśniętą w pięść w zboże, chcąc w ten sposób sprawdzić, czy od spodu nie jest sfałszowane. Żeby go oszukać, gospodarz odwrócił beczkę do góry dnem i cieniutko przykrył je koniczyną, co wyglądało tak, jakby pełna beczka była tego nasienia.

Żyd, gdy stanął nad beczką, rozochocił się na jej widok, bo nasienie koniczyny było poszukiwane, zakasywał zaraz rękaw, rozmachał się i z góry chciał wbić rękę do spodu. Szturnął jednak w przysypane dno, naklął ze złości, schował zaraz rękę do kieszeni i uciekł przed śmiechem obecnych z komory.

Na weselach, chrzcinach i różnych zabawach bywały zakłady o to, kto silniejszy, wytrzymalszy, kto potrafi więcej zjeść, wypić, i t. p. Zakładano się zawsze o wódkę, kto przegrał, płacił.

Pamiętam, jak Książek z Miechocina założył się w naszym domu o to, że zgryzie na kawałki z grubego szlifowanego szkła kieliszek, z którego pił wódkę. Gdy zakład stanął, gryzł szkło po kawałku na drobniutkie kawałeczki »na kaszę« i wypluwał na rękę, aż cały kieliszek, nawet grubą podstawę zgryzł. Na drugi dzień miał usta zakrwawione i twarz spuchniętą, ale śmiał się z tego i nie myślał chorować.

To znowu Franciszek Mortka założył się na chrzcinach, że wypije pół kopy surowych jaj. Gdy mu tyle jaj dostarczono, natłukał jedno za drugiem, przyczem naśladował głos kury: »Ku-ku-ku-ku« i wypijał, aż wypił wszystkie 30i. I nie słyszałem, żeby mu to zaszkodziło na zdrowiu.

***

Wódki pili wtedy trzy razy więcej niż obecnie; była tania, bo kwarta okowity kosztowała tylko 24 grajcary i można było dolać do niej więcej, niż drugie tyle wody, a była jeszcze mocniejsza, niż dzisiejsza okowita. Piwa na razie pili bardzo mało, dopiero z czasem wchodziło ono coraz więcej w używanie, a poza tem innych trunków nie było, chyba tylko w domach pańskich.

Tak wódkę, jak piwo brali najwięcej w Tarnobrzegu z propinacji, dzierżawionej przez żydów od skarbu dzikowskiego. Jeżeli jednak w innem państwie, u innego propinatora, n. p. w Mokrzyszowie lub w Machowie, były kiedy trunki tańsze albo lepsze, to tam je kupowali na wesela, chrzciny, na żniwa, — na swoją bowiem potrzebę wolno było kupować, gdzie się komu podobało.

Mieli też wówczas ludzie więcej okazji do picia, niż obecnie, i żadnej zabawy nie rozumieli bez wódki i picia. Kto był na zabawie, musiał równocześnie pić, a jak kto się upił, to mówili, »że się ubawił«, i nie mieli mu tego bynajmniej za złe. Dawali wódkę nawet małym dzieciom, zwłaszcza na zabawach, »żeby i one zabawę pamiętały« i całkiem nie zważali na to, że dziecku szkodzi to jeszcze bardziej, niż starszemu.

Wódka odchodziła, jak pisałem, na chrzcinach, zmówinach, rękowinach, rózgowinach i w czasie całego wesela; odchodziła też i na pogrzebach, przed wyprowadzeniem umarłego i po pogrzebie na t. zw. »konselacji« czyli stypie. Do tego, jak wspomniałem, w niedziele i święta grały po karczmach i szynkach muzyki, przy czym także wódki nie brakło; nadto sąsiedzi i kumowie częściej się wówczas z sobą schodzili, niż obecnie, w domu lub w mieście, i także traktowali się wódką. Odchodziła też na jarmarkach.

W niektórych wsiach był zwyczaj, że chłopi zaraz po wymłóceniu zboża nosili je do karczmy na wódkę.

Każdy niósł je w torbie z łyka lipowego pod kamizielą. Kamizielę wdziewał wtedy tylko jednym rękawem, drugi zaś spadał wolno po ramieniu, na którym torba wisiała. Ramię obciążone torbą nachylało się ku ziemi.

Gospodarz szedł przez wieś dumnie, (każdy wiedział, co pod kamizielą niesie), a gdy wszedł do karczmy, był witany przyjaźnie przez obecnych tam i zboże składał żydowi. Za to pił zaraz i częstował drugich, a ci znowu innym razem odwzajemniali się.

Uchodziło to za honor, nieść w ten sposób zboże do karczmy i nawet w modę to weszło, że chłopi jedno ramię trzymali zawsze niżej, (jakby obciążone torbą). Taką postać przedstawiają dotychczas najstarsi chłopi, którzy nosili zboże do karczmy.

Wogóle, gdzie pijaństwo szczególnie kwitło, nosili wódkę z karczmy we flaszkach na wierzchu, nie ukrywając się z tem, ale owszem przekazując, że będą pić i mają pić za co. Gdzie pijaństwo było mniejsze, czynili to skrycie. Flaszkę z wódką chowali pod wierzchnie ubranie, a kobiety pod zapaskę. Chyba, że wódka była dla żniwiarzy lub na zabawę (nie do codziennego użytku), wtedy się z nią nie kryli.

Jak wódka niejednego upadlała, przytoczę jeden z wielu wypadków.

Raz, gdy już byłem wójtem, zaszedł do mnie w nocy gospodarz z Dzikowa z zawiadomieniem, że pod Zwierzyńcem na granicy Dzikowa coś się szamoce i stęka, że prawdopodobnie wpadł tam jakiś człowiek. Była to już późna jesień i zimna panowały przejmujące, zachodziła obawa, że nieszczęśliwy może skostnieć, — wstałem więc z łóżka, wezwałem wartnika i skierowaliśmy się na wskazane miejsce.

Gdyśmy tam przybyli, oczom naszym przy świetle zapalonej słomy przedstawił się taki obraz: W głębokim rowie przydrożnym siedział chłop skulony, powalany w błocie i sponiewierany, jak nieboskie stworzenie.

Wpadł do rowu pijany i był całkiem nieprzytomny. Nic nie mówił, tylko wydawał dzikie ryki i oburącz trzymał się olszynki rosnącej w rowie. Zdawało mu się, że go djabeł wodzi i chce zgubić, więc uchwycił się tego krzaczka, jak tonący ostatniej deski ratunku. A zaciął ręce tak mocno, że nie mogliśmy go od drzewka odczepić i musieliśmy je razem z nim z korzeniami wydrzeć. Tak włożyliśmy go na furę. Gdyśmy go do kancelarji gminnej wnosili, trzymał jeszcze skurczony to drzewko przed sobą i ryczał, poczytując nas ciągle za złych duchów, które go chcą gdzieś uprowadzić.

Złożyliśmy go na podłodze i kazałem wartnikowi mieć nad nim baczenie. Tymczasem nad ranem wytrzeźwił się i wymknął się niespodziewanie. Później dowiedzieliśmy się, że był to gospodarz z Sobowa, znany pijaczyna.

Do szerzenia pijaństwa przyczyniała się też ta szkodliwa moda, która do dziś dnia przetrwała i panuje: ażeby się za poczęstunek odwzajemnić: »Dobre twoje, dobre moje«, — jak jeden zapłacił swoją »kolejkę«, to płacił znowu drugi, trzeci i t. d. i wódka lała się bez przestanku.

Przy kieliszku było zawsze najwięcej miłości i serdeczności, całowania i śpiewania, a jak się popili i wytargali za czupryny, to się też zaraz przeprosili i na nowo pili. Ale nie pamiętam z owych czasów wypadku, żeby się nożami pokłuli, jak to się teraz trafia, albo się do sądu skarżyli; pod tym względem dawni ludzie byli lepsi od dzisiejszych nożowników i proceśników.

***

Straszne to pijaństwo, szerzące się wszędzie, zwalczały bardzo skutecznie misje kościelne, na których ludność tłumnie odprzysięgała się wódki. Ja przysięgałem w r. 1869. Były wtedy przez 8 dni misje w kościele parafjalnym w Miechocinie; księża krzyczeli najwięcej na pijaństwo, nakoniec wzywali uroczyście do przysięgania od palących trunków przez podniesienie rąk. Podniosłem wtedy rękę do góry i od tego czasu nie miałem wódki w gębie. To mię ustrzegło od niejednego upadku w życiu, zaoszczędziło mi wiele pieniędzy, czasu i zdrowia a że przytem nie palę też tytoniu, więc dotychczas, choć mam już 87 lat i w życiu niemało pracowałem, nie byłe nigdy u lekarza, nie przechodziłem ciężkiej choroby i niejeden podziwia moje zdrowie.1


1 Wspomniane misje odbyły się w r. 1869 w dniach 25 września do 3 października. Przeprowadzone były przez OO. Jezuitów przy współudziale okolicznego duchowieństwa. W czasie tych misyj odbyły się w parafji dwie wielkie procesje do Chmielowa i Stalów, gdzie na błoniach pod namiotem odprawione były Msze św. W czasie misyj rozdano 97 tysięcy Komunikantów. — Kronika parafjalna w Miechocinie.