IX.

Dalszy bieg życia. Dokupowanie gruntu. Pożyczki. Cegielnia. Wapniarnia i walka konkurencyjna. Kółko rolnicze. Podatki. Podróże do Krakowa, na Ruś, do Królestwa Polskiego i inne. Kształcenie dzieci. Jak doszedłem do majątku i znaczenia między ludźmi.

Wracam do skreślenia dalszego biegu mego życia i spraw osobistych.

Co się tyczy mojego gospodarstwa, to, mając na razie – jak już wspomniałem – tylko 4 morgi gruntu, zacząłem myśleć, ażeby go więcej nabyć, iżby to wystarczyło na utrzymanie rodziny. Dokupywałem tedy po kawałku z wolnej ręki i doszedłem z czasem do 13 morgów.

Mianowicie koło r. 1874 i w następnych latach nabyłem około 5 morgów z gospodarstw, które upadły wówczas w całości lub w części wskutek pijaństwa ich właścicieli i lichwy żydowskiej. Z tego około 3 morgi kupiłem z pierwszej ręki wprost od gospodarzy, a 2 morgi dopiero od żyda. Morga wypadała wtedy przeciętnie po 200 złr. i dochodziła do 400 złr., jeżeli kto kupował mniejsze kawałki i w dogodnem dla siebie położeniu. Tak ja płaciłem i inni gospodarze, którzy wtedy zaczęli brać się do kupna ziemi, pobudzeni wolnością dzielenia gruntów i zaprowadzeniem hipoteki, – ale żydzi zagarniali wówczas grunta za bezcen, a to za pomocą lichwy, o czem już pisałem.

Koło r. 1890 kupiłem znowu około 4 morgi po gospodarzach, którzy wyjeżdżali na Ruś. Wszystko odkupiłem wtedy dopiero od żydów, dając im od ręki 200 złr. zarobku, bo wprost od wychodźców trudno się było dokupić. Morgę płacili jeszcze wtedy przeciętnie po 400 złr., – i w ogóle do czasu wychodźtwa zarobkowego, które się rozwinęło koło r. 1895, ceny ziemi tak w Dzikowie, jak i w innych wsiach tutejszego powiatu podnosiły się nieznacznie i dopiero od czasu tego wychodźtwa podskoczyły nagle w górę tak, że za morgę płacili po 3.000 koron.

***

Grunt był wprawdzie dawniej tani, ale zato o pieniądze było bardzo trudno: nie było takich, jak są dzisiaj, kas pożyczkowych, i procenta były lichwiarskie. Ja miałem w owym czasie z tem dobrze, że gdym chciał pożyczyć pieniędzy, to mogłem w każdym razie dostać pożyczkę na 10%, a najwyżej na 15%, a kredyt taki zdobyłem sobie głównie przez to, że dług spłacałem rzetelnie na termin. Nie pamiętam, żeby mi kto dwa razy mówił o swoją należytość, i zginąłbym od wstydu, gdyby mię ktoś słusznie skarżył o swoje do sądu.

W całem też moim życiu nigdy o dług nie byłem skarżony i kosztów z tego tytułu nie miałem nigdy żadnych. Tym zjednałem sobie takie zaufanie, że zczasem nawet nieznane mi żydki, gdy zaręczali swoje córki, przychodzili do mnie i prosili o przyjęcie pieniędzy, które chcieli jako wiano córek u mnie na procent ulokować,  – i w takich razach otrzymywałem pożyczkę na dogodnych warunkach. Na zabezpieczenie zaś pożyczki wystarczyło, żem dał prosty kwit z podpisem nawet bez świadków.

Nie piszę tego, aby się chwalić, ale dla przykładu tym, którzy pożyczki zaciągają, a nie troszczą się o rzetelne oddanie i narażają się na skargi, procesy, koszta sądowe i utratę kredytu.

Trudno było obejść się bez pożyczek, skoro – jak wspomniałem – dokupiłem 9 morgów gruntu, a nadto zabrałem się do przedsiębiorstw przemysłowych i handlowych i miałem inne znaczne wydatki, o czem będzie w dalszym ciągu. Trzeba było pożyczać już nie stówkami, ale tysiączkami.

W Tarnobrzegu pierwsza kasa publiczna powstała w r. 1887, mianowicie kasa Towarzystwa zaliczkowego, założonego głównie za staraniem dra A. Reifera, ale dawała tylko drobne pożyczki przeciętnie po 100–200 złr., a zresztą można było zaciągać także niewielkie pożyczki prywatnie u żydów.

Ale dowiedziałem się wtedy o tarnowskiej Kasie oszczędności, dającej większe pożyczki na 7%, i tam postanowiłem więcej pożyczyć, aby spłacić drobne długi. Ponieważ do tego potrzebny był wyciąg hipoteczny, przeto wniosłem do sądu tarnobrzeskiego o oszacowanie całe mojej realności, – i wtedy w r. 1890 była ona oszacowana na 16.000 złr. Po wyrobieniu wszystkich dokumentów posłałem podanie do Tarnowa o pożyczkę w kwocie 3.000 złr. i po pewnych staraniach otrzymałem tyle.

Z pożyczonych pieniędzy centa nigdy nie zmarnowałem, ale obracałem je zaraz na powiększenie gospodarstwa i swoich przedsiębiorstw przemysłowych, – więc pożyczka na dobre mi wychodziła.

***

Miałem niedaleko domu, na t. zw. Podgórzu, około 1½ morgi gruntu, z czego większa część położona była na stoku wzgórza, trudna do uprawy i mało urodzajna, bo wierzch i spód stanowiła zwięzła glina. Zaraz od początku mego gospodarowania przemyśliwałem nad teym, jak by ten grunt najkorzystniej zużytkować. Kopiąc doły, przekonywałem się, że glina jest na 3 m. głęboko, – więc powziąłem myśl założenia cegielni. Liczyłem na zbyt cegły w Tarnobrzegu i w okolicy, gdyż na miejscu była tylko cegielnia dworska, w której wyrabiano cegłę na własny użytek. Ludzie zawodowi: strycharze, których rady przy sposobności zasięgałem, upewniali mię, że glina dobra, i cegielnia się opłaci. Zrobiłem próbę – wypaliłem w rozkopanej górze około 20.000 cegły, – okazało się, że jest dobra, ludzie ją rozkupili, i miałem ładny zysk.

Więc wziąłem się stanowczo do wyrobu cegły: wymurowałem dobry piec, kierat, szopę, zgodziłem strycharza i od roku 1876 przez 30 lat cegielnia ta była ciągle w ruchu. Wypalało się w niej przeciętnie po 150.000 cegieł rocznie, w latach zaś, kiedy odbyt na cegłę był najlepszy, wypalałem przez lato 10 pieców po 22.000. Razem w ciągu 30 lat wypaliło się przynajmniej 5 miljonów cegły.

Na tysiącu cegły miałem zarobek 5 złr., w czem mieściło się już wynagrodzenie za glinę. Rocznie więc miałem dochodu przeciętnie 750 złr., a w ciągu 30 lat cegielnia przyniosła mi przeszło 20.000 złr. dochodu.

Pole przez cegielnię nie zepsuło się, ale, owszem, naprawiło, bo góra się zrównała, i na tem miejscu założyłem ogród warzywny i owocowy i staw odpływowy.

Jednak nie tylko ja zyskałem, ale także dałem ludziom zarobek, którego dawniej szczególniej brak wielki.

W cegielni pracowało stale 8 robotników, zajętych przyrządzaniem gliny, wyrobem cegły, zawożeniem jej do pieca i wywożeniem po wypaleniu z pieca. Najwięcej tych robotników bywało z Mokrzyszowa. Inni zarabiali furmankami, gdyż na wypalenie każdego pieca szło 15 sągów drzewa, czyli 30 fur drzewa, licząc ½ sąga na furę, a na dostawienie cegły z jednego pieca do miejsc przeznaczenia trzeba było przeszło 100 furmanek, które brały po 200 cegieł.

W cegielni więc wyrobnicy zarobili setki tysiące, co mnie również cieszyło, jak mój osobisty zarobek. Od początku bowiem prowadzenia tego czy innych przedsiębiorstw nie miałem nigdy na myśli osiągnąć wielkie zyski i lekko się zbogacić, a zawsze miło mi było, że choć garstka ludzi potrzebujących znajduje u mnie stale zarobek. Zato miałem taką nagrodę, że ludzie w gminie i w okolicy darzyli mię nawzajem życzliwością i zaufaniem.

Z cegielni mojej brany był materjał na budowę wielu domów po pożarach w Tarnobrzegu, na pobliskie mosty kolejowe w czasie budowania drogi kolejowej do Tarnobrzega, na budowę pałacu w Mokrzyszowie, na budowę kominów piwnic i t. p. w gospodarstwach chłopskich po wsiach okolicznych.

Z cegły tej wybudowałem też w latach 1882–1883 obszerny dom własny, który był pierwszym chłopskim domem murowanym w Dzikowie, nazywany »kamienicą Słomkową«. Dom ten składał się z 4 pokoi, dwu kuchen, spiżarni i wygodnych piwnic. Z tego zamieszkałem z rodziną jeden pokój z kuchnią, resztę wynajmowałem lokatorom. Mieszkał u mnie przez szereg lat najpierw ś. p. Michalik, dyrektor szkoły powszechnej w Tarnobrzegu, następnie ś. p. Józef Stebnicki, geometra, którzy w owym czasie zaprzyjaźnili się ze mną, byli prawdziwymi przyjaciółmi dla mnie i mojej rodziny, trzymali dzieci moje do chrztu.

Gdy mi cegielnia szła najlepiej, natrafiłem nagle w tem przedsiębiorstwie na silnego konkurenta. Podówczas był w Tarnobrzegu Jankiel Pancer sławnym i bogatym kupcem, miał handel wapna, gipsu, cementu. węgli, koksu, soli kamiennej i t. p., – kupował u niego każdy, był dostawcą po dworach w powiecie i poza powiatem, i miał duże zyski, bo nie było drugiego takiego handlu, i nie miał konkurencji. Wiedział on od ludzi, że ja na cegłę mam odbyt, bo, kto u mnie kupił cegłę, szedł do niego po wapno, – więc chciał za wszelką cenę mieć i cegielnię i starał się tak długo, aż u hrabiego cegielnię poddzierżawił i począł wypalać cegłę na sprzedaż na wielką skalę.

Wtenczas ja zacząłem tracić odbiorców, bo, kto kupił u mnie cegłę, musiał za karę dwa razy więcej za wapno u Pancera płacić, – więc każdy był zmuszony jedno i drugie brać u niego, – innego bowiem składu z wapnem nie było.

Raz przyszedł do mnie inżynier z Tarnobrzega, który miał dom budować, obejrzał cegłę, spodobała mu się, zgodził się ze mną i kazał mi przyjść na drugi dzień do siebie po pieniądze. Ucieszyłem się, że większą ilość cegły sprzedam i nazajutrz poszedłem do niego, a on mi powiada: »Z bólem serca muszę powiedzieć, że u pana cegły kupić nie mogę, bo byłem u Pancera zamówić wapno, a ten mi oświadczył, że jak cegły u niego nie wezmę, to za wapno będę musiał zapłacić drożej, a niema tu innego handlu z wapnem«. I tak się stało, że cegłę i wapno wziął u Pancera. Wtenczas poruszyły się we mnie wszystkie nerwy, że mi żyd tak haniebnie wlazł na kark. Nie było innej rady, tylko trzeba się było przed taką konkurencją silnie bronić, bo inaczej cegielni mojej groził upadek. Postanowiłem więc założyć także fabryczkę do wypalania wapna.

***

Ale sprawa nie była łatwa, bo wtenczas nie było jeszcze do Tarnobrzega kolei, i kamień wapienny trzeba było sprowadzać Wisłą, a na spławianie nią musiało się mieć pozwolenie Dyrekcji skarbu we Lwowie; nadto Pancer trzymał w dzierżawie od hrabiego brzeg nadwiślański pod Dzikowem, gdzie zatrzymywały się galary z kamieniem wapiennym. Jednak sprawy już nie zasypiałem. Poszedłem do hrabiego z prośbą, żeby mi dał pozwolenie na skład kamienia wapiennego nad Wisłą, co uzyskałem, zobowiązawszy się płacić za to, podobnie jak Pancer, po 2 złr. od każdego galara. Wtedy napisałem do Dyrekcji skarbu we Lwowie i stamtąd także przyszło mi pozwolenie.

Skoro tak na miejscu sprawa była załatwiona, należało teraz jechać do Krakowa i kamień zakupić. Ale to był twardszy sęk dla mnie, bo w Krakowie nigdy jeszcze nie byłem, nie znałem tam nikogo, nie wiedziałem, z kim zawrzeć interes na dostawę kamienia. Pancerowi mogło to iść łatwiej, bo miał już wyrobione stosunki z Krakowem, mógł tylko list napisać, a dostarczyli mu galarami, co mu było potrzebne.

Dowiedziałem się jednak, że jest tam na Kaźmierzu kupiec Weinberg, mający skład materjałów budowlanych, które wysyła też galarami; – wziąłem więc adres do niego i wyjechałem do Krakowa: wozem do Dębicy, a dalej koleją.

Jednak, choć ja robiłem bez rozgłosu, Pancer dowiedział się o moich zamiarach. Ja w Krakowie wychodzę ze stacji, rozglądam się, – widzę Pancera; następnie gdzie się ja obrócę, – on idzie wszędzie za mną z tyłu. Boję się iść wprost na Kaźmierz, bo myślę sobie, że pójdzie za mną i cały interes zepsuje. Chodzę więc i rozglądam się po ulicach, ale ten wszędzie za mną. Żeby się go pozbyć, wszedłem do kościoła i modlę się dość długo; – wychodzę, – on czeka, a następnie idzie za mną. Poszedłem na nocleg, – wychodzę rano, patrzę, Pancer czeka przed domem noclegowym i śledzi mię dalej.

Wreszcie przystąpił do mnie, przywitał się i prosi na piwo. W piwiarni mówi mi, że wie, pocom do Krakowa przyjechał, – i prosi na wszystko, żebym od swego zamiaru odstąpił, żeby mu handlu nie psuć, przedstawiał, że mogę na tem stracić majątek, obiecywał, że mi już nie będzie odciągał odbiorców. Ja robiłem mu ostre wyrzuty, ostatecznie rozeszliśmy się z niczem, a w końcu zdołałem mu zniknąć z oczu i udałem się na Kaźmierz.

Weinberg przyjął mnie bardzo dobrze i przyrzekł interes załatwić jak najlepiej, bo na Pancera miał złość z czasów, kiedy był z nim w stosunkach handlowych. Zamówiłem na razie galar kamienia wapiennego, kilka beczek cementu i gipsu i, widząc, że kupiec jest porządny, dałem mu na rachunek 600 złr. Na to on zaprosił mię do swego prywatnego mieszkania, pokazywał pokoje, porządnie umeblowane, i rzecze do mnie: »Niech pan nie myśli, że dla pochwały pokazuję swoje gospodarstwo, – czynię tak dlatego, żebyś mię pan poznał i pojechał spokojnie do domu; – bo jak jestem kupcem, pierwszy raz mi się to przytrafia, że gospodarz, nie znając mnie, od razu powierza mi grubszą kwotę; w Krakowie dużo jest takich, którzy by w cztery oczy pieniądze odebrali ,i więcejbyś ich pan nie widział«. Podziękowałem mu za dobre słowo i pożegnałem się.

Do domu wracałem też razem z Pancerem. W drodze zaczął się mnie żałować, że niepotrzebniem sobie parę reńskich stracił na podróż do Krakowa, na co mu odpowiedziałem, że wcale tego nie żałuję, bom Kraków widział. Nic zaś nie wiedział o tem, żem był u Weinberga i że zamówienie tam uskuteczniłem, tylko zauważył, że miałem nowy kapelusz. Gdy na drugi dzień spotkałem się w Tarnobrzegu z żydkami, ci mi opowiadali, że Pancer śmieje się ze mnie, że chłop chciał jemu kupcowi robić konkurencję, ale nie umiał, bo zaledwo potrafił kupić sobie w Krakowie kapelusz, bo do tego tylko zdatny. I tak śmiał się dalej.

Tymczasem nie zeszło dwa tygodnie, a tu kupiec Pancerów z Krakowa donosi, że Weinberg wysyła galar kamienia wapiennego na imię Jana Słomki z Dzikowa. Pancer wartę postawił przy Wiśle, a gdy galar się zjawił, zapowiedział, że do lądu przybić nie wolno, bo lądy on zadzierżawił. Ja wtedy śpieszę do Wisły i pokazuję kwit ze dworu, – leśni ustępują ze słowami: »Już wolno. bo jest kwit, podpisany przez samego hrabiego«. Pancer jedzie więc na komorę celną w Nadbrzeziu i prosi o zakazanie mi wyładowywania kamienia, – tam odpowiadają, że Słomka ma pozwolenie z Dyrekcji. Innej przeszkody nie mógł już znaleźć.

Więc na drugi dzień raniutko przychodzi do mnie do domu i prosi na bok na rozmowę. Wyszliśmy razem do ogrodu i siedliśmy na trawniku. Tu długo przekonywał mię, czegoby na kilku arkuszach nie spisał, żebym od handlu wapnem odstąpił, – nareszcie wyjął z kieszeni 300 złr., położył przede mną i rzecze: »Ma to pan za odstępne i nie rób mi pan konkurencji, a swoją drogą zapłacę też galar z towarem i wszystkie koszta wrócę panu do centa«. Ja się na to nie zgodziłem, mówiąc, że od nikogo nie lubię brać pieniędzy za darmo, to i od niego nie wezmę, więc on po krótkim namyśle dokłada jeszcze 100 złr. i dalej mnie przekonywuje, – potem dokłada jeszcze 100 złr.: »masz pan 500 złr.« – powiada, – a gdy i tego nie brałem, wyjął w ostatku jeszcze 100 złr., kładąc je przede mną na trawie. Dodawał przytem: »Ale proszę, żeby nikt o tem nie wiedział, żem dał panu te 600 złr. i koszta zwróciłem, boby drugi pojechał do Krakowa, aby znowu dostać za odstępne parę stówek«.

Ale ja ustąpić nie myślałem i powiedziałem, że im więcej dokłada, tem większą mam chęć do prowadzenia fabryki, – bo musi to być dobry interes, skoro wart tyle odstępnego. A wkońcu rzekłem: »Nie wezmę tych 600 złr. i od interesu nie odstąpię, żebyś się pan dowiedział, że chłop potrafi nie tylko kapelusz kupić, ale i co innego załatwić«, i wtenczas przypomniałem mu to wyśmiewanie mię na mieście. Więc rozstaliśmy się stanowczo.

Ale przed rozpoczęciem wypalania czekała mię jeszcze jedna trudność. Zacząłem stawiać tuż przy Wiśle na swoim gruncie dwa małe piece wapienne i jednocześnie wniosłem do starostwa podanie o pozwolenie czyli koncesję na wypalanie tam wapna. Ponieważ miejsce było odległe od wsi prawie na kilometr, więc byłem pewny, że prowadzeniu tam fabryki nikt przeszkodzić nie może. Jednak i to nie było łatwym, jak się zdawało. Pancer bowiem namową i pieniędzmi skłonił prawie wszystkich, którzy mieli grunta w sąsiedztwie budujących się pieców, że wnieśli do starostwa sprzeciwy czyli protesty, że dym z fabryki będzie im plony wypalał i zarażał.

Wskutek tych protestów starostwo wyznaczyło komisję do zbadania sprawy na miejscu, i tu została załatwiona pomyślnie dla mnie. Najwięcej poparł mię jako rzeczoznawca Wojciech Kaliciński, ekonom z Wymysłowa, który udowadniał, że sąsiednie grunta nie będą odnosiły z fabryki wapna żadnej szkody, ale, owszem, pewną korzyść, bo popiół, zawarty w dymie, opadając na ziemię, będzie ją użyźniał. Drugi rzeczoznawca zgodził się na to samo. Wszczęła się sprzeczka między obecnymi, ale orzeczenia rzeczoznawców były decydujące, więc już bez zwłoki otrzymałem koncesję, a protestujący zostali odesłani na drogę prawa cywilnego. Jednakże żaden z nich zarzutów dalszych nie wnosił.

Przy wydawaniu koncesji starosta ówczesny Jakubowicz powiedział mi, że »koncesja z prawa mi się należy, bo miejsce pod fabrykę jest odpowiednie, a my Sybiru nie mamy, żeby tam fabryki stawiać«.

Więc zacząłem wypalać wapno, ale teraz czekała mię najcięższa walka. Pancer bowiem, żeby mię zniszczyć, zniżał ceny u siebie tak, że musiałem sprzedawać bez żadnego zarobku, on zaś w zaciekłości schodził nawet poniżej ceny fabrycznej.

Żeby sobie ułatwić konkurencję z nim, sprowadzałem wszystkie materjały, które on miał na składzie, więc nie tylko kamień wapienny, ale także cement, gips, węgiel kamienny, koks kowalski, sól wielicką. Każdego z tych towarów starałem się mieć bodaj trochę na sprzedaż, żeby Pancer nie głosił, że u niego jedynie jest coś do nabycia i nie zmuszał do kupowania u siebie.

Kamień wapienny przychodził mi spod Krakowa, gdzie przy Wiśle sąg kubiczny kosztował 8 złr., a  ;z dostawą do Tarnobrzega 40 złr., bo sam galar kosztował 120 złr. i więcej, a w Tarnobrzegu można go było sprzedać na rozbiórkę najwyżej za 30 złr. Flisacy, dostawiwszy kamień, wracali do Krakowa pieszo.

W czasie walki konkurencyjnej z Pancerem ceny rzeczy, któremi handlował, spadły w Tarnobrzegu i okolicy prawie do połowy. Wapno, które przedtem Pancer sprzedawał po 3 złr. cetnar, spadło na 1 złr. 50 cnt., koks kowalski, sprzedawany dawniej po 1 złr. 50 cnt., spadł na 80 cnt. za cetnar i t. d.

Największy był odbyt na wapno i koks, najmniejszy na węgieł kamienny, który był używany na opał tylko w niektórych domach urzędniczych, ogół zaś ludności używał jedynie drzewa opałowego i węgłem kamiennym bał się palić. Wapno szło najwięcej na wielkie święta, na bielenie domów. Sprzedaż prowadziłem u siebie w domu przy pomocy dzieci i w dnie targowe miewałem nieraz wielką ciżbę ludzi na oborze. Wapno wysyłałem też na sprzedaż furą po wsiach okolicznych, dostarczałem go też w większej ilości na budowę kościoła w Padwi, do dworu w Grębowie i t. d.

Pancer robił mi konkurencję do ostatka, bo się zaprzysiągł, że mnie musi zgnębić i puścić – jak mówił – bez portek. Jednakże ja żyłem z gruntu i mogłem wytrzymać bez zarobku i handlu, on zaś żył tylko z gotówki, – walka więc, która trwała między nami przez pięć lat od r. 1883, skończyła się tak, że Pancer stracił gotówkę, jaką posiadał, i umarł prawie biedny, – ja też dołożyłem na czysto kilka stówek, nie licząc tego, com się przez ten czas napracował, – ale przy swojem gospodarstwie utrzymałem się. Innego wyjścia nie było, bo konkurencja była narzucona, trzeba było bronić się do ostatka.

Strata moja wynikła nie tylko z tej silnej konkurencji, ale ostatecznie także z tego powodu, że w ostatnim roku straciłem przy sprowadzaniu kamienia wapiennego. Zaryzykowałem wtedy pod zimę sprowadzić dwa galary. Retman, pijaczyna, zajechał po pijanemu niedaleko za Niepołomicami w taki kąt na Wiśle, że nie mógł stamtąd galarów wyciągnąć i wszystkiego odszedł. Tymczasem Wisła zamarzła, kamień ludzie przez zimę rozkradli. Tyle mię kosztowała wódka tego retmana. Wytoczyłem mu proces i wygrałem. W tym czasie jednak umarł, została po nim żona z 6-giem dzieci, których nie chciałem z majątku wydziedziczać, bo ojciec zostawił im niewiele, i tak od wszystkiego odstąpiłem.

Wkońcu wypalanie wapna nie opłacało się, bo nastała kolej do Tarnobrzega, i można było sprowadzać wapno gotowe z Krakowa, – a wypalanie u nas drzewem kosztowało bez porównania drożej, niż w ,Krakowie węglem. Mimo że wapno, wypalone drzewem było znacznie lepsze i wydatniejsze, niż wypalone węglem, jednak każdy wolał kupić gorsze, aby taniej; chociaż do dziś dnia niejeden wspomina »że nie było to, jak u Słomki kupować wapno«, i dopytują się, czy nie będę jeszcze handlował, — tak im ta konkurencja moja z Pancerem zasmakowała.

***

W owym czasie przystąpiłem w porozumieniu z sąsiadami do założenia Kółka rolniczego w Dzikowie i pod firmą Kółka prowadziliśmy sklepik głównie z artykułami spożywczemi. Sklepik ten jednak już po roku zaczął upadać wskutek nadużyć popełnianych przez jednego z członków zarządu. Żeby nie dopuścić do zupełnego zwinięcia tego pierwszego handlu chrześcijańskiego w Dzikowie, wziąłem go na siebie i zatrudniałem w nim przez szereg lat po kolei dwie córki, potem wnuczkę. Sklepik jednak nie mógł się należycie rozwinąć z powodu bliskości miasta z mnóstwem handlów żydowskich i silnej z ich strony konkurencji. Ludność, nawykła odwiecznie do sklepów żydowskich, ciągnęła zawsze do miasta i w sklepie chrześcijańskim można było mieć większy utarg jedynie w soboty i święta żydowskie. W prowadzeniu sklepiku najuciążliwsze były zawsze borgi, t. j. skłonność ludności do pobierania towarów na kredyt, do czego przez żydów była przyzwyczajona. Przytem ujawniał się brak słowności i rzetelności w regulowaniu należytości tak, że niektórzy dotychczas długu w sklepiku nie zapłacili i już pewnie nie zapłacą. Zarobek na sklepiku był bardzo nieznaczny, ale w każdym razie nie było straty.

***

Podówczas więc około r. 1890 płaciłem siedem gatunków podatków, a mianowicie: trzy zarobkowe, t. j. z cegielni, z wapniarni i ze sklepiku, — nadto gruntowy, od wynajmu domu czyli czynszowy, domowoklasowy i czysto dochodowy. Wynosiły one rocznie razem z dodatkami przeszło 250 złr.

Najuciążliwszym z tych podatków był czynszowy, bo rząd nie pytał się, skąd wziąłeś pieniądze na budowę domu, ale wymierzał podatek słony tak, że po zapłaceniu podatku czynsz nie wystarczał na procent od kapitału, pożyczonego na budowę. To też chcąc wyzwolić się od takiego podatku, sprzedałem wkońcu dom nawet stratą i zaraz wniosłem podanie o odpisanie mi podatku czynszowego. Ale mimo to ciągle jeszcze zachodził do mnie egzekutor i przynosił to kartę upominającą, to edykt licytacyjny, — a w urzędzie podatkowym zawsze mię uspokajano, że »podatek w odpisaniu i wstrzymuje się fantowanie« — i to trwało 7 lat.

***

Od czasu odbycia pierwszej podróży do Krakowa w sprawie zakupna kamienia wapiennego często już potem wypadało mi wyjeżdżać z domu w różnych sprawach. Kraków był pierwszem większem miastem, jakie widziałem, toteż wejściu do miasta miałem wrażenie, że w tym lesie ulic niepodobna się wyznać. Jednakże później, gdym się dobrze po mieście rozpatrzył, widziałem, że nie tak trudno poznać jego rozkład, i dochodziłem wszędzie sam bez przewodnika, a najwięcej ułatwiało mi rozpoznanie się w mieście to, że umiałem czytać napisy ulic.

Jak w każdem większem mieście, nie brak i tam wyrzutków, polujących na ludzi dobrodusznych, a zwłaszcza na ludzi wsiowych, o czem się przekonałem.

Ale poznałem w Krakowie także ludzi dobrych, życzliwych, jak najlepsi przyjaciele, a również sam Kraków tak pokochałem, to czułem się w nim, jak w swojej wsi rodzinnej, i pragnąłem stale tam zamieszkać. Bywałem później nieraz we Lwowie, ale tamto miasto, choć większe, wydawało mi się zawsze smutne i mniej przyciągające.

***

Jeździłem również parę razy na Ruś do powiatu kałuskiego, dokąd koło r. 1890 i później wyszło wiele rodzin z Dzikowa i innych wsi okolicznych.

Jedni emigrowali, choć mieli tu ładne posiadłości 6—8 morgowe, ale przez pijaństwo, zaniedbywanie gospodarstwa i t. p. zabrnęli nieopatrznie w długi i nie mogli się już utrzymać przy swoich zagonach, — sprzedali więc tu gospodarstwo, długi spłacili i poszli nabywać więcej gruntu na Ruś, bo tam więcej niż o połowę był tańszy. — Pozatem emigrowali tacy, którzy tu mieli nie więcej jak 2—3 morgi i pomimo ciężkiej i najlepszej pracy nie mogli się z tego gruntu wyżywić, zwłaszcza gdy dzieci przybywało i podrastały; tacy dowiadując się, że na Rusi za jedną morgę sprzedaną u nas, kupi 3 do 4-ch mórg, sprzedali co mieli, i poszli także na Ruś na większe gospodarstwa.

O ile słyszałem, tak od naszych emigrantów, jakoteż ich rodzin, to tylko niektórzy z nich los sobie poprawili, a to — jak opowiadali — z następujących przyczyn: Pobrali na wypłatę więcej gruntów, niż ich stać było, a brak tam było na razie kredytu, przeto nie mogli przyjść prędko do budynków gospodarskich, do inwentarza żywego i t. d.; nawiedzały ich tam często zaraz z początku klęski elementarne: grad, myszy, które w niektórych okolicach były gorsze od gradu; cierpieli też wskutek nienawiści Rusinów i t. d. Wskutek tego niektórzy nawet przy mozolnej pracy więcej się nabiedowali, niż u nas wyrobnik, a do dziś dnia jedni się wydźwignęli i zagospodarzyli, inni dalej biedują.

Poszło też tam i moich dwóch szwagrów, i jeden osiedlił się w Łukowcu, a drugi we wsi Dołha wojniłowska w powiecie kałuskim. Ponieważ zawsze ciągnęła mię chęć odwiedzić ich na nowych gospodarstwach, więc w parę lat po ich wyjeździe stąd wybrałem się po raz pierwszy w r. 1894 w tamte strony.

Już koło Lwowa zauważyłem różnicę między tamtejszemi a naszemi okolicami: z okna wagonu widać było liche domy chłopskie i kiepską gospodarkę w polu; już dawno było po żniwach, a zboże stało jeszcze w polu w mendlach. I na ludziach znać było biedę.

Przyjechałem do szwagra do Łukowca, widzę również tylko biedę. Wchodzę do domu — były to przedtem pańskie pokoje, a wtedy siedziało tam kilka rodzin chłopskich — widzę wszystko zniszczone, nikt nawet dachu nie poprawia, bo nie wie, który kąt jego, mają się tym dopiero dzielić, ale tymczasem, gdy deszcz przyjdzie, każdemu na głowę kapie. Idę do stajni — jest wielka, ale drzwi są jakby od parady tylko, bo i pod przycieś można krowę wyprowadzić. W każdym kącie i wszędzie okazywała się »ruska bieda«. Idziemy w pole, — zdaje mi się, że grunt dobry, nawet lepszy, niż u nas, a miejscami widać jeszcze ładne jarzyny.

Ale cóż się dzieje? To, co zebrane, leży na obejściu w kopkach, kiepsko złożonych, — deszcz na to leje, i wszystko gnije. Widzę nawet, jak Rusin na obejściu pod otwartym niebem zboże młóci, — to znowu, jak Rusinka wyszła na drogę i przetakiem zboże przesiewa; plewy lecą z wiatrem, gdy u nas za nie drogo się płaci.

To znowu patrzę, koło 10-tej godziny przed południem jedzie fura, a na niej muzyka gra. Pytam, co to za wesele, a szwagier mówi, że to pańska fura zbiera ludzi do roboty w polu; powiadają, że inaczejby Rusin nie poszedł w pole robić, gdyby po niego z muzyką nie zajechał. Myślę sobie, już się tu ten pan na takich robotnikach zbogaci, że wnet ze dworu uciekać musi.

Pytam się szwagra: »Dlaczegoście na to zboże choć szopy z dachem nie postawili?« — Odpowiadają mi: »Niema na to pieniędzy, niema gdzie pożyczyć, a zresztą Rusiny tu szop nie mają, choć dawniej gospodarzą«. Powiadam im tedy: »Bierzcie się zawczasu gospodarzyć na polską modę, nie zapatrujcie się na Rusinów, bo inaczej ze wszystkiem zginiecie. Jest las blisko i drzewo tanie, — postawcie więc choć jakie takie szopy na zboże; bo obecnie nie robicie nawet tak, jak było w Starym Testamencie, — w owych czasach bowiem rolnik co najlepsze plony palił na ofiarę, a wy je teraz bez pożytku gnoicie«. I tak im nagadałem, co tylko mogłem.

Pojechałem następnie do drugiego szwagra do Dołhy wojniłowskiej, — ale tam zastałem kolonistów już w lepszym ładzie, — zabudowania mieli popostawiane już mniej więcej po polsku. Gdzieniegdzie wprawdzie pokazywał się jeszcze brak tego lub owego, ale się to wszystko dało wytłómaczyć tem, że to dopiero początek w dorobku na gospodarstwie.

Po kilku latach, mianowicie w r. 1902, byłem znowu w tamtych stronach, ale już i u szwagra w Łukowcu zastałem lepszy stan, — budynki odpowiedniej urządzone tak, że to wyglądało już na jakie takie gospodarstwo. Ale znowu nowa zaczęła się bieda, bo szwagier, nie kontentując się 8-ma morgami, jakie miał z początku, sprzedał je, a kupił w tej samej wsi 27 morgów karczunku po 700 kor. za morgę dosyć dobrej ziemi. Mówię mu: »Za dużoście tego pola nabrali, do śmierci się nie wykopiecie z długów«. A szwagier powiada: »Wziąłem na wypłat, dzieci poślę do Ameryki, ażeby tam coś zarobiły, a ja na miejscu będę pracował, jak będę mógł, by dzieciom zostawić po sobie pamiątkę«.

Pomyślałem sobie: — to już taka natura każdego zamiłowanego rolnika, że choćby się miał przedwcześnie do ziemi zakopać, to będzie pracował, aby tylko kawałek tej świętej ziemi przykupić.

W czasie tych drugich odwiedzin zauważyłem, że się na Rusi gospodarstwa włościańskie na ogół podnoszą, bo i Rusini uczą się od polskich chłopów lepiej pracować i gospodarzyć.

Wreszcie byłem na Rusi w r. 1912 i odwiedziłem znowu szwagrów w Łukowcu i Dołże wojniłowskiej. Obie wsie dobrze już były zabudowane, miały przeszło po 100 numerów, samych chłopów polskich. Łukowiec stanowił osobną gminę polską. W obu były kościółki i księża stale.

Jak tam zauważyłem, bardzo to jest dobrze, gdy kościół jest w miejscu, bo ludzie mają do kościoła blisko (kościół zbliża się do ludzi), ksiądz zna dobrze swoich parafjan. Księża mimo to w tych małych parafjach mają dostateczne utrzymanie. U Rusinów w każdej wsi jest cerkiew nieduża, ale na jedną wieś wystarczy. I księża ruscy stanowią największą siłę u Rusinów.

W kościele w Łukowcu dałem na mszę św. za duszę ś. p. siostry swojej, zmarłej tam w r. 1910.

***

W różnych czasach bywaliśmy też z żoną w Królestwie Polskim za Wisłą u krewnych — ostatnim razem w r. 1882 — a byliśmy tam proszeni na wesela do Radowęża i Sośniczan. Wesela tamtejsze trwały — podobnie jak i u nas dawniej — cały tydzień, a z tego mi się najwięcej podobały, że każdy bawił się tam spokojnie, — nie widziałem, żeby się kto bił, albo wadził, choć był podochocony. Nie było żadnych innych trunków, tylko wódka, którą pili w takiej prawie ilości, jak u nas pije się piwo. Więc nade mną stryjowie prawie płakali, jak ja mogę żyć, że wódki nie piję, — i częstowali mię za to herbatą tak, że aż się pociłem, — a sprosić się było trudno.

Przypatrzyłem się tam, że są nadzwyczaj gościnni, bo nawet całkiem przygodnych gości przyjmowali i nie kieliszkiem, ale szklanką lub garnuszkiem wódką raczyli.

Przyszedł na przykład żyd krawiec z ubraniem dla panny młodej, — wzięli go zaraz do komory na poczęstunek. Patrzę, — niezadługo wychodzi stamtąd dobrze podochocony, śpiewa i idzie do tańca, i bawił się na weselu aż do drugiego dnia. Przyszedł znów dziad po prośbie, — biorą go również do tej komory, częstują, i ten także wychodzi stamtąd pijany, zatacza się w prawo, w lewo, — wreszcie wywrócił się w samych wrotach w poprzek. Było z tego powodu wesołe widowisko z bydłem, gdy wracało do domu z pastwiska. Co która krowa zbliżyła się i spojrzała na dziada leżącego z brodą do góry, to beknęła i w tył odskoczyła, a drugie za nią, jak na komendę. I to kilkakrotnie powtarzało się, aż wreszcie najmłodsza jałówka beknęła przeraźliwie i hul przez dziada, a inne za nią, — wszystkie skakały tak zgrabnie, że ani jedno bydlę dziada nogą nie potrąciło.

Przypatrzyłem się też, że tam konie lepiej jeszcze wesele rozumiały, niż nasze. Jakeśmy jechali do ślubu do Koprzywnicy, to nie widziałem, żeby kto konia batem uciął, tylko mu zaśpiewał, to koń szedł równo z wiatrem. A nawet konie tamtejsze, a właściwie kobyły, (bo mieli tam dobre pastwiska i klaczy dużo na przychowek chowali), miały swoje śpiewki, które do nich odnosiły się i one je rozumiały, nie dały się zawstydzić i szły bez bata.

Wesele w Radowężu odbywało się zaraz przy Wiśle, więc była tam warta moskiewska, mająca strzec, ażeby weselnicy wódki galicyjskiej nie pili. Co dwie godziny starszy przyprowadzał na zmianę po dwóch Moskali z gwerami i stawiał ich przed sienią. Ale ledwie się oddalił, Moskale rzucali w kąt gwery, a brali się razem z gośćmi weselnymi do wódki i prosili o »galicjankę«, bo była mocniejsza od tamtejszej. I wszyscy pili tylko galicyjską wódkę, którą gospodarz wynosił gościom z dobrego schowania, a tamtejsza wódka była tylko na pokaz.

Ostatnim razem byliśmy na weselu w Sośniczanach blisko milę od Wisły. Tam również bawili się ludzie ładnie i z ochotą i wszystko mnie to zajmowało i cieszyło, że wszyscy garnęli się do nas, jako gości zza Wisły, z wielkim przywiązaniem, i stryjowie na krok nas nie spuszczali z oka.

Ale jednego dnia późno z wieczora, gdy zabawa szła w najlepsze, weszło do izby dwóch nowych ludzi, i zaraz zauważyłem, że wszyscy goście zaczynają się chyłkiem wynosić tak, że niebawem w izbie było całkiem przestronno. Tych zaś nowych przybyszów gospodarz zasadził za stołem, stawiał przed nimi picie i jedzenie, więc byłem przekonany, że to jego najlepsi przyjaciele przybyli z dalsza. Podniosłem się z miejsca za innymi,s i poszliśmy z żoną do stryja na nocleg.

Wchodzimy na obejście, a stryj stoi przed domem z wielkim kołkiem w ręku. Pytam się: »Dlaczegoście tak wcześnie z wesela wyszli?«, — a stryj odpowiada przyciszonym głosem: »Idźcie oboje do izby, bo ja już całą noc spać nie będę. Widzieliście tych dwóch na weselu, — to są największe złodzieje i rabusie! przyszli wypatrzeć, kto się bawi na weselu, a są w zmowie z drugimi, którym daliby znać, kogo mają okraść i obrabować. Dziś już nie tylko ja, ale nikt we wsi spać nie będzie, każdy musi strzec swego obejścia«.

Na drugi dzień po śniadaniu poszliśmy znowu na wesele, — patrzę, a ci dwaj siedzą jeszcze za stołem, piją i jedzą, a każdy ze schodzących się gości sprzyja im, wita się z nimi i chce się do nich napić. Dopiero koło południa, jak już dobrze byli opasieni, podnieśli się z ławy i zabierali do odejścia, — wszyscy się z nimi bratali, gospodarz domu nałożył im w torbę na drogę wódki i przekąsek, i całe wesele z muzyką wyprowadziło ich za wieś.

Wtedy zaczęliśmy rozmowę o nich, i mówię do siedzących koło mnie: »To wy się tu tak ze złodziejami obchodzicie? to u was raj dla złodziejów!« I opowiadam, że u nas za Wisłą złodzieje takiej wolności nie mają, że niebezpiecznym złodziejom nie wolno się z miejsca pobytu wydalać i t. p. A oni na to mówią, że się nie mogli inaczej z tymi rabusiami obejść, bo gdyby się źle obeszli, to ci pomściliby się za to: mogliby ich podpalić, a nawet życia pozbawić, więc lepiej z nimi nie zadzierać; rząd zaś moskiewski mało przed złodziejami chroni, a nawet strażnicy bywają w spółkach z nimi. Rzekłem tedy, że przy takich porządkach nie chciałbym tu siedzieć i gospodarzyć i wolę nasze zawiślańskie urządzenia.

Byłem też w innej stronie Królestwa Polskiego, mianowicie w b. gubernji lubelskiej, w odwiedzinach u przyjaciela mego ś. p. Józefa Langa. Był on przedtem w Tarnobrzegu i znany był jako najlepszy stolarz i z uczciwych zasad, i tu poznaliśmy się i pokochali nawzajem, jak najlepsi przyjaciele, i nieraz spędzaliśmy wolne chwile na miłych pogawędkach. Ale po pewnym czasie przeniósł się do Królestwa, gdzie w powiecie janowskim w Księżomierzy kupił ładną realność, mianowicie dom w dobrym stanie, zabudowanie gospodarskie i 14 morgów gruntu w jednym kawałku, a dał za to wszystko coś około 1.000 rubli, czegoby u nas wtenczas nawet za 6.000 reńskich nie kupił.

Przykre było moje rozstanie się z nim, gdy wyjeżdżał do Królestwa, ale gdy mi list przysłał i opisał swoje gospodarstwo, ucieszyłem się, że przynajmniej powodzi mu się nieźle, i postanowiłem odwiedzić go, a zarazem zwiedzić tamtejsze strony. Wyjechaliśmy tam razem z żona, do Sandomierza wozem, dalej statkiem wodnym do Rachowa, a stąd szliśmy pieszo. Podróż ta należy do najprzyjemniejszych w moim życiu: ze statku widać było ładne brzegi Wisły, i miałem się wkrótce zobaczyć z przyjacielem po paru latach niewidzenia.

Do Księżomierzy przyszliśmy pod wieczór. Jakie było nasze przywitanie się z Langiem, jego żoną i dziećmi, to opisać trudno, na samo wspomnienie łzy się do ócz cisną. Byliśmy tam trzy dni, i cały prawie ten czas zeszedł nam na pogadankach i to bez kieliszka, na sucho, — bo wódki obaśmy z Langiem nienawidzili i nie pili.

Zwiedziłem też tamtejsze gospodarstwa, ale widać było, że były prowadzone licho, na starą modę. Wprawdzie u Langa w polu była uroda, bo grunt już znawoził, więc miał ładne żyto, pszenicę, koniczynę, buraki, — ale obok u jego sąsiadów widać było w znacznej części ugory, na których się tylko jakiś chwast czerwienił. Pytam się gospodarza, który nam w polu towarzyszył: »Naco ten ugór trzymacie bez pożytku?« a on powiada, że, jak się przeugorzy, to będzie siał żyto. »A dlaczego — pytam się dalej — pola nie nagnoicie, tylko ugorzycie?« — a on na to, że jego ojciec i dziadek nie gnoił, a wyżył, to i on jakoś wyżyje.

Opowiadał też Lang, jak oni gospodarowali. Gospodarz na 10 albo 15 morgach gruntu chował zazwyczaj jedną tylko krowinę, dwie szkapy — Boże ratuj — jakieś prosię i tyle; słomę sprzedawali i gruntu nie gnoili. Lang był im niemiły, ponieważ gospodarował na nowy sposób, miał ładne urodzaje i dorabiał się.

Miał też nieprzyjaciół dlatego, że ganił tamtejsze szkodliwe zwyczaje. Był tam jeszcze zwyczaj, że kto dał na mszę, to zapraszał na nią po wsi, a po nabożeństwie szli prosto do karczmy i do wieczora pili tak, że niektóre żony w koszyku obiad przynosiły i brały ze sobą dzieci, i wszystko razem piło. Nawet i ksiądz przychodził na tę zabawę i pił z nimi. Tak prawie każdego dnia po nabożeństwie odbywała się taka pijatyka, dziś urządzał ją jeden, jutro drugi. Lang zwalczał ten zwyczaj, to go oskarżyli do gubernji, że on lud buntuje.

Wkońcu nie mógł się tam utrzymać, bo i z gubernji dostał nakaz, żeby jako obcy poddany wyjechał za granicę, — musiał więc sprzedać wszystko za bezcen i powrócił z familją do Tarnobrzega, gdzie założył warsztat stolarski i dorabiał się razem z dziećmi do samej śmierci. Obecnie dzieci idą śladem ojca i uczciwie pracują na kawałek chleba. Daj Boże, więcej takich ludzi!

W czasie kilkakrotnych odwiedzin w Królestwie i z opowiadań Zawiślaków, zatrzymujących się często w różnych sprawach w Dzikowie, poznałem nie najgorzej tamtejsze stosunki. Grunt tam był tani i artykuły spożywcze, były fabryki, i lud miał dość zarobku na miejscu. Żydzi mniej się panoszyli niż w Galicji, podatki mniejsze, — ale z drugiej strony w rządzie były wielkie nieporządki i nie było sprawiedliwości, działy się kradzieże i rabunki, jakie u nas już dawno ustały, drogi takie, jak u nas za dawniejszych czasów, rzeki nieuregulowane, oświata polska i religja katolicka była prześladowana. To też lud z nienawiścią odzywał się o rządzie tamtejszym, obwiniając go o to złe w kraju.

***

Nigdy nie żałowałem wydatku na podróże, bo przez nie można było nabrać wiele oświaty i ochoty do pracy. Bywałem też z żoną na wszystkich wielkich uroczystościach narodowych, jakie odbywały się w ostatnich dziesiątkach lat zwłaszcza w Krakowie. W r. 1883 byłem w Krakowie na uroczystości dwusetnej rocznicy odsieczy Wiednia przez króla Jana Sobieskiego, w r. 1890 na uroczystości przeniesienia zwłok Adama Mickiewicza na Wawel, w r. 1894 byłem na pierwszej wielkiej wystawie krajowej we Lwowie, w r. 1910 na uroczystości grunwaldzkiej w Krakowie. Nadto, ponieważ brałem udział w życiu obywatelskiem, często wypadało mi wyjeżdżać w deputacjach w sprawach powiatowych, parafjalnych, gminnych; gospodarczych i politycznych do Lwowa, Krakowa, Przemyśla i t. d.

***

W domu miałem błogosławieństwo Boże. Od roku 1861 do 1885 żona powiła 7 córek i 5 synów, — z tego dwoje zmarło w niemowlęctwie, dwoje już w latach młodzieńczych, wychowało się zaś ośmioro, t. j. trzech synów i pięć córek.

W miarę tego, jak Pan Bóg dawał dzieci, zastanawiałem się, jak im przyszłość zabezpieczyć. A że gruntu i dla jednego byłoby niewiele postanowiłem każdemu dać naukę, do jakiej które było chętne i zdolne. Ponieważ na miejscu była już dobra szkoła ludowa, więc przedewszystkiem posyłałem jedno za drugiem do tej szkoły tak, że każde ukończyło w Tarnobrzegu szkołę 4-klasową, która później została zamieniona na 7-klasową. Następnie pięcioro kształciło się dalej w Krakowie, mianowicie: jeden z synów ukończył gimnazjum i uniwersytet, drugi wykształcił się w malarstwie dekoracyjnem; z córek jedna ukończyła seminarjum nauczycielskie, dwie wykształciły się w krawieczyźnie. Najstarszy z synów jest sekretarzem gminnym i posiada ładny ogród z pasieką.

Zczasem wszyscy synowie pożenili się, córki powychodziły za mąż, jedna poświęciła się stanowi zakonnemu, Mam obecnie 22 wnuków i wnuczek a zaczynają przybywać prawnuczki Jeden z najmłodszych wnuków urodził się w 1925 r., a chrzestnym ojcem jego jest Roman Dmowski.

Do niedawna kształcenie dzieci w szkołach było tu bardzo utrudnione, bo trzeba je było posyłać stąd do szkół średnich w Rzeszowie, Tarnowie, Krakowie i innych większych miastach, w okolicy bowiem takich szkół nie było.

Również i wykształcenie w rękodzielniczych zawodach jeszcze przed dwudziestu laty nie było tak łatwe, bo zawody te z małym wyjątkiem stały jeszcze w powiecie nizko, i lepszej nauki można było nabyć tylko w większem mieście. Obecnie i to się zmieniło, bo już na miejscu wszystkie rękodzieła dobrze się rozwinęły, i jest też szkoła przemysłowa wieczorowa dla praktykantów.

Tak więc, mając z początku tylko 4 morgi gruntu, pomnożyłem znacznie mój majątek i wychowałem liczną rodzinę, dałem każdemu stosowną naukę i zabezpieczenie na przyszłość. Niektórzy patrząc na to, mówili, że gotówka z nieba im spada, i mieli mnie za bogatego, za bogatszego nawet, niż byłem w rzeczywistości.

W czasie największego rozkwitu gospodarstwa miałem 13 morgów gruntu, dom murowany, obszerne budynki gospodarskie, jak: 2 stodoły, stajnie, 2 szopy; odpowiednią ilość inwentarza żywego, mianowicie parę koni, 4 krowy. po kilka sztuk trzody chlewnej, drób. W gospodarstwie prócz żony i dzieci pracował stale parobek i dziewczyna, nadto najemnicy w czasie żniw, kopanek, młocki i t. p. Przytem w ruchu była cegielnia, wapniarnia, sklepik i w przedsiębiorstwach tych również spora gromadka ludzi pracowała.

***

Powodzenie moje polegało na tem, że słuchałem światlejszych ludzi, zwłaszcza czytając gazetki i książki, i że nie poprzestawałem na samej tylko roli, z której dochód niewielki, ale w miarę możności brałem się też do innych przedsiębiorstw. Nie szedłem więc za owczym pędem, który na wsi panuje, a polega na tem, że wszyscy grzebią się tylko w gruncie i to przeważnie licho i nawet powiedzieć sobie nie dadzą i zrozumieć tego nie chcą i nie starają się, że źle robią i kiepsko gospodarzą i jaka gospodarka byłaby lepsza. Co jeden robi, to robią wszyscy inni i, jak gęsi, idą za sobą, — i mało jest takich, którzyby na coś nowego się odważali, coś nowego wymyślali i robili i szli w ten sposób do lepszej przyszłości.

Przytem lubiłem zawsze prosty, zdrowy wikt i miałem zdrowie i siły do pracy. Nieznana mi była rozpusta, nie hołdowałem pijaństwu, nie paliłem tytoniu, nie trwoniłem czasu na gry w karty i t. p.

Unikałem też zawsze w życiu wszelkich procesów. Nie wnosiłem n. p. nigdy skargi z powodu kradzieży, które w takich interesach, jak cegielnia, wapniarnia musiały się trafiać, bo myślałem sobie, że i tak będę miał więcej, niż złodziej, i jestem przekonany, że mniej przez to ponosiłem szkody, niż ci, którzy o lada drobnostkę procesują się.

Nie skarżyłem też takich, co z jakiegokolwiek powodu robili na mnie plotki i rzucali obelgi i nawet donosicieli o tem słuchać nie chciałem. I lepiej na tem wychodziłem, niż tacy, którzy zaprzątają sądy »pyskówkami« i chcą czyścić swój honor przez adwokatów.

W sądach stawałem głównie w charakterze świadka, zresztą jako opiekun, kurator, sędzia przysięgły i w sprawach gminnych.

Za to nawiązywałem chętnie z ludźmi przyjacielskie stosunki i służyłem każdemu radą i pomocą. W wielu domach byłem chrzestnym ojcem i dziś nie mogę nawet zliczyć dokładnie ilu, ilu mam wszystkich chrzestników. Opiekunem byłem i jestem pewnie w dwudziestu domach. Zawsze zostawałem opiekunem, gdy w rodzinie kto umarł, więc nad dziećmi po stryjku Jacku, po bracie Antonim i t. d. Opiekuństwo zaś, choćby w skromnym zakresie spełniane, wymagało nieraz dosyć czasu i pracy, — trzeba było pozostałej rodzinie pomagać radą, pamiętać o realnościach sierót zastępować je w sądzie i t. d.

Kuratorem bywałem też dziesiątki razy z ramienia sądu w sprawach cywilnych, gdy n. p. miejsce pozwanego było nie znane. W takich razach stawałem na terminie i starałem się pozwanego odpowiednio zastąpić.

Zresztą należałem do wszystkich miejscowych towarzystw i uczestniczyłem w zebraniach i poczynaniach społecznych, mających na celu podniesienie oświaty, dobrobytu, obyczajów i t. p. Bywałem członkiem Rady powiatowej i Rady szkolnej miejscowej od chwili jej powstania przez lat 40.