XIII.

Teraźniejszość a niedawna przeszłość. Przyczyny postępu: zniesienie pańszczyzny, zaprowadzenie hipoteki, autonomja krajowa, regulacja rzek, lepsze narzędzia rolnicze, ulepszona komunikacja, parcelacja, wychodźtwo zarobkowe, oświata, towarzystwa, trzeźwość, nieubłagana konieczność. Jak się postęp odbywał. Zmiany w stroju i zabawach. Zmiany spowodowane przez wojnę światową i powstanie Państwa Polskiego. Co było w przeszłości dobre. Co dotychczas ludowi najbardziej szkodzi. Co jest największym skarbem człowieka. Zakończenie.

Przechodząc do dni dzisiejszych, powiedzieć trzeba, że w porównaniu z niedawną przeszłością widać po wsiach ogromną odmianę i pod wielu względami znaczny postęp. A widać to w szczególności w budowaniu porządniejszych domów i budynków gospodarskich, w lepszych narzędziach rolniczych, w lepszej uprawie gruntów i hodowli krów, trzody, koni, w pożyteczniejszych sadach, w porządniejszych sprzętach domowych, w dogodniejszej odzieży, w wychowaniu dzieci, w interesowaniu się sprawami publicznemi, narodowemi, państwowemi i t. d.

Gdyby dawniejsi ludzie, którzy żyli przed pół wiekiem, wstali z grobu i przyszli do nas z tamtego świata, to nie mogliby się napatrzeć i nadziwić tym wszystkim przemianom: dziwiliby się, że tyle domów i ludzi przybyło, że w domach i koło domów inne, niż dawniej, porządki, że inne zgoła narzędzia rolnicze i gospodarskie, że ludzie inaczej okryci — i dziwnoby im było, skąd na teraźniejszych małych gospodarstwach może na to wszystko wystarczyć, — a już zdumienie u nich wywoływałyby bite, równe gościńce — nie mówiąc już o kolejach żelaznych, o samochodach, samolotach — mnogość urzędów, jak starostwa, sądy, urzędy skarbowe, pocztowe, posterunki policji, szkoły, instytucje gospodarcze, społeczne, narodowe, — słowem, na coby zwrócili uwagę, nie umieliby sobie wytłómaczyć, skąd się to wszystko wzięło, kto to wszystko wyrobił i jakim kosztem, — zdawałoby się im, że zbłądzili, że nie przyszli do swojej wsi czy miasteczka, gdzie się kiedyś urodzili i wychowali.

***

Że po wsiach zaczął się postęp, wpłynęły na to różne przyczyny, a ważniejsze z nich są następujące:

Przedewszystkiem zniesienie pańszczyzny, bo przez to chłopu pozostał czas pracy na swoim gruncie i każdy wiedział, że co przygospodarzy, to jego, nie tak jak za pańszczyzny, kiedy pan mógł chłopa łatwiej wygnać, niż dziś parobka, i innego na opróżnionym gruncie obsadzić. Teraz pierwszy lepszy chłop jest swobodny i może sobie żyć, jak dawniej szlachcic.

Powtóre, zaprowadzenie hipoteki, bo odtąd dopiero stało się jasną dla każdego rzeczą, że to, co posiada, jest święcie jego własnością, której mu nikt odebrać nie może, — może to sprzedać, podzielić, zaciągnąć na to pożyczkę i t. d. To też, jak dobrze pamiętam, zabezpieczenie własności przez hipotekę dodało ludziom dużo ochoty do lepszej pracy, do powiększenia i podnoszenia gospodarstw.

Następnie, zaprowadzenie autonomji w kraju za panowania austrjackiego, bo rządy swoje, polskie, zaczęły lepiej dbać o zagospodarowanie kraju, niż poprzednie rządy obce, niemieckie. Od czasu, jak nastała autonomja, różne zaniedbane sprawy gospodarcze poczęto brać pod obrady i niedomagania usuwać, co trwało do upadku państwa austrjackiego, a o co rządy niemieckie mało się troszczyły.

Również obwałowanie i regulacja rzek miała zwłaszcza dla powiatu tarnobrzeskiego wielkie znaczenie, gdyż powiat ten należy do najniżej położonych i przerżnięty jest wieloma rzekami. Niektóre wsie były tu dawniej pod wodą. Wskutek zaś uregulowania rzek i obwałowania tychże nastąpiło osuszenie, okolica zyskała pod względem zdrowotnym, ustąpiły choroby malaryczne, grunty się poprawiły i zyskały na wartości.

Dalej, do lepszego gospodarowania przyczyniły się lepsze narzędzia, bo dziś gospodarz przy dobrych narzędziach może łatwiej, prędzej i mniejszym kosztem grunt uprawić i w domu się obrobić. Nastały bowiem wszędzie rozpowszechnione: dobre pługi, płużki, brony, pazury, młynki do czyszczenia zboża, sieczkarnie i mniej rozpowszechniane: siewniki, zastępujące siew ręczny, młocarnie kieratowe, zastępujące młócenie cepami. Pospolitą stała się na wsi maszyna do szycia.

I choć niektóre z tych ulepszonych narzędzi mają obecnie tylko zamożniejsi gospodarze, przecież może je też nabyć np. Kółko rolnicze i wypożyczać członkom za przystępną opłatą, i w ten sposób mogą być dostępne dla wszystkich włościan. Takie droższe narzędzia rolnicze zakupują często też w ten sposób, że gospodarze łączą się z sobą w spółki.

Dalej, w rozwoju pomogły dobre gościńce i koleje żelazne, bo teraz może każdy z łatwością nabywać i sprzedawać narzędzia i płody rolnicze, — nie tak jak dawniej, kiedy wszystko trza było wozem sprowadzać i po bardzo kiepskich drogach.

Na uwagę zasługuje tu parcelacja obszarów dworskich, trwająca od kilku dziesiątek lat. Parcelacja ta była z tego względu dobrą, że przez nią wzmocniło się wiele gospodarstw włościańskich, które wskutek podziałów rodzinnych bardzo się rozdrabniały i ciągle się rozdrabniają i, gdyby nie parcelacja, to dzisiaj trudno byłoby zdybać w jakiejś gminie gospodarza, któryby się mógł utrzymać z rodziną ze swego gruntu. Nadto w każdej wsi wielu było takich, którzy ani jednej skiby ziemi nie mieli, ani nawet placu pod dom, — ale skoro dało się nabyć grunt, każdy pracowity, nawet wyrobnik, kupował i zakładał swoje gospodarstwo.

A chociaż pierwsi i drudzy brali sobie na barki wielki ciężar długów, to jednak przy pomocy Boskiej wzięli się do pracy tak w domu, jako też wyjeżdżając na zarobek za granicę, i długi spłacali, a grunt nabyty zostanie im i dzieciom na pamiątkę, że uczciwie żyli i pracowali i nie tylko swego nie stracili, ale jeszcze przykupili. Znam takich, co nabyli ładny kawał ziemi za drogie pieniądze i — jak mówili — zrobili to z wielkiem ryzykiem, ale jak się wzięli do pracy i oszczędności, to jakby cudownym sposobem dług ze wszystkiem spłacili i teraz mają chleb w domu i swobodnie sobie oddechają. I taki, co kupił ziemię i wie, ile go ona potu kosztowała, nim się wypłacił, uprawia ją starannie, chciałby z niej dwa razy do roku zbierać, nie zmarnuje plonu przy zbiorze, — i można powiedzieć, że ziemia jego w dobrych jest rękach.

To tylko złe, że parcelacja odbywała się aż do upadku Austrji bez żadnego planu i porządku, i władze krajowe należycie się nią nie zajęły. Prowadzili ją przeważnie żydzi, handlując ziemią, jak towarem w sklepie. W samym powiecie tarnobrzeskim możnaby naliczyć kilkadziesiąt żydów-handlarzy gruntem, którzy nadto mieli do spółki kilku faktorów, kupujących także na własną rękę drobniejsze grunta. Rozparcelowali oni wiele folwarków w powiecie i poza powiatem pomiędzy włościan z tarnobrzeskiego, od których przy tem wykupywali własne ich gospodarstwa, ciągnąc z tego wszystkiego ogromne zyski i dobrze się bogacąc.

Obecnie w niepodległej Polsce konieczne jest dalsze przeprowadzenie parcelacji obszarów dworskich i poprawienie stosunków rolnych tak, ażeby nie było z jednej strony rozległych majątków ziemskich, a z drugiej karłowatych gospodarstw chłopskich, ale żeby powstały dobrze urządzone, średnie gospodarstwa rolne, mające zapewnić dostateczne utrzymanie gospodarzowi.

Wielkie przemiany sprowadziło też wychodźtwo zarobkowe do Prus i innych krajów zagranicznych.

Było ono z tego względu dobre, że przez nie tysiące rąk znalazło pracę i zarobek, i pieniądze przez nie płynęły do kraju. Zasiadając w zarządzie Spółkowej Kasy Oszczędności i Pożyczek, miałem sposobność przyjrzeć się temu, ile to pieniędzy przychodziło z zagranicy. Oszczędności tej Kasy pochodziły przeważnie od wychodźców zarobkowych i raty były spłacane głównie ich pieniądzmi; kto dług zaciągał, obiecywał go spłacić najczęściej nie z tego, co zbierze lub przychowa na gospodarstwie, ale z zarobku swego lub swoich dzieci za granicą.

Od czasu jak się rozwinęło wychodźtwo zarobkowe, podskoczyły znacznie w krótkim czasie płace najemników, ceny płodów rolnych i ceny ziemi; nastąpiła też wielka przemiana w urządzeniu domów, sprzętów, w odzieży, pożywieniu, obyczajach i zwyczajach na wsi. Tu obok stron dodatnich występowały bardzo często ujemne, o czem nieraz pisały gazety.

W dalszym ciągu podnieść należy, że do postępu i dobrobytu najwięcej może przyczyniła się oświata, t. j. szkoły i wydawanie gazet i książek, z których ludność włościańska czerpała i czerpie naukę. Faktem jest, że który gospodarz wziął sobie jako tako oświatę do głowy, ten znacznie swoje gospodarstwo podniósł i wyszczególnia się na każdym kroku, a kto jeszcze starej metody się trzyma, ten lichą ma gospodarkę i nędzne życie prowadzi.

Więc gwałtem należy dalej szerzyć oświatę, żeby do każdego domu zajrzała, żeby gospodarz dowiadywał się o ulepszeniu w rolnictwie i u siebie je wprowadzał, żeby czytał zawsze, skoro tylko wolny jest od zajęć gospodarskich. W każdej wsi powinna być porządna szkoła, a budynek szkolny powinien wybijać się ponad wszystkie inne, przygłuszyć sobą karczmę.

Dawniej ludzie z braku narzędzi ulepszonych byli zawsze, nawet wieczorem, zajęci pracą ręczną, — dziś mają więcej czasu wolnego, więc czas ten powinni wypełniać oświatą. Każdego stać na to, ażeby sobie trzymał gazetkę tygodniową i kupił najpotrzebniejsze książki.

Na postęp i dobrobyt wpływały też zbawiennie różne towarzystwa, związki, spółki, jakoto: czytelnie, kółka rolnicze, kasy, organizacje polityczne i t. p.

Niemniej przyspieszyło postęp zmniejszenie się pijaństwa i większa trzeźwość między ludźmi, co w naszych stronach poczęło się od wspomnianej już misji parafjalnej w r. 1869. Wogóle pierwsza ta misja zrobiła wielkie wrażenie w całej okolicy: odbyły się wówczas uroczyste procesje po parafji i msze św. polowe, zmniejszyło się znacznie pijaństwo, kradzieże i rozboje, słowem, nastąpiła znaczna poprawa w złych obyczajach.

Następne wielkie misje odbyły się po 43 latach, t. j. w roku 1912, i znowu widoczne były owoce po nich, bo karczmy i szynki znacznie opustoszały, ludzie z jarmarków wracali przeważnie trzeźwi, tylko żydzi wyrzekali na kiepski handel z tego powodu. Więc pragnąć należy, ażeby podobne misje odbywały się częściej, w mniejszych odstępach czasu, np. co 10 lat.

Wreszcie, mus po prostu ludzi doganiał do lepszego gospodarowania, bo ludzi przybywało, a gospodarstwa malały, wszyscy zaś żyć musieli. Dziś gospodarz na czterech lub pięciu morgach gruntu musi tak pracować i gospodarzyć. aby się mógł z rodziną wyżywić, okryć, budynki w porządku utrzymać, podatki zapłacić, dzieciom dać odpowiednią naukę. Przytem wie, ile ten grunt kosztuje, bo przeważnie każdy coś pola dokupił i dobrze przepłacił, więc nie może pozwolić, aby leżało odłogiem, i musi dobrze pracować i mieć dobry rachunek w głowie.

Obecnie nawet takiego, który gospodarstwo niedbale prowadzi, palcem wskazują i za nic go mają, choćby nawet grunt jego wart był kilkadziesiąt tysięcy: — mówią, że »szkoda, iż ta święta ziemia w rękach jego się marnuje«. A z drugiej strony, jeżeli jest we wsi gospodarz mający 8 lub 10 morgów gruntu, a gospodarstwo porządnie prowadzi, to go nazywają bogaczem i wysoko cenią i to nie z tego, że ma te morgi, ale że widzą u niego budynki porządne, bydło ładne, dzieci dobrze okryte i wychowane.

***

Te i inne przyczyny popchnęły włościan na drogę postępu, i choć dziś każdy na mniejszym kawałku gruntu gospodarzy — bo gdzie wprzódy miał jeden, tam teraz siedzi kilku — jednak każdy ma więcej chleba i dostateczniejsze życie prowadzi.

Najpierw we dworach (nie wszystkich) sposób gospodarowania stawał się lepszy. W Dzikowie zmienił się pod każdym względem za hr. Jana Tarnowskiego, a następnie za hr. Zdzisława Tarnowskiego tak cała uprawa rolna, jak i hodowla bydła po folwarkach dalej się rozwinęła i doszła do wielkiej doskonałości. Ze dworu wiele korzystnych nowości i ulepszeń przeszczepiało się do włościan, szczególniej lepsze nasiona, których jeszcze koło r. 1890 w żadnym sklepie w Tarnobrzegu nie było.

Obecnie jednak więcej już na wsi niż po wielu dworach starają się o lepszą uprawę i wydobycie większych korzyści z ziemi i można śmiało powiedzieć, że te dwory mogłyby się uczyć gospodarstwa od włościan.

Ale postęp wśród włościan odbywał się powoli, naogół wcześniej po wsiach nad Wisłą i Sanem, mających grunta rędzinne, niż po wsiach t. zw. »lasowskich«, położonych na piaskach. Na razie wszędzie tylko jednostki poszły naprzód i dopiero swoim przykładem pociągały mniej lub więcej innych za sobą. Jeden na drugiego się zapatrywał, jeden drugiego ciągnął w górę. A którzy pozostali w zacofaniu, wyśmiewali i wydrwiwali rzeczy nowe i gospodarzyli według starego zwyczaju, nie pozbywszy się przy tym zastarzałych wad, np. pijaństwa, ci albo upadali i zupełnie nieraz marnieli, albo do dziś dnia jeszcze po dawnemu biedę klepią.

***

Należy jeszcze zwrócić uwagę na zupełną odmianę w stroju na wsi. Nastąpiła ona najwięcej od tego czasu, jak się rozpoczęło wychodźtwo zarobkowe, — wychodźcy bowiem, wracając do kraju, przywozili różne ubrania modne, które się tu coraz bardziej upowszechniały, bo i ci, co z kraju nie wychodzili, poszli za modą, i tak te nowe ubiory coraz więcej nastawały i nad staremi brały górę.

Działo się to w znacznej mierze także dlatego, że niektóre części dawnego ubrania chłopskiego były mniej praktyczne, — np. biała kamiziela, czyli płótnianka ulegała bardzo łatwo poplamieniu.

Patrzyłem na to, ile to pracy kosztowało dawniej gospodynię, żeby taką kamizielę uprać, wypolewać, wyżmiąć, wysuszyć, umaglować, bo każda gospodyni starała się o to, żeby jej mąż, dzieci i sługi ubrały się czysto do kościoła i na wesela tak, ażeby drugie nie powiedziały, że jest niechlujna, próżniak i nawet męża i domowników nie opierze. Tymczasem cała ta praca na krótko się zdała, wystarczyło bowiem przyklęknąć w kościele na nieczystej posadzce albo obetrzeć się koło wozu namazionego, a kamiziela już była poplamiona i nie do użycia przy wyjściu z domu. Gdy się do dom wróciło, kiepsko się za próg weszło, gospodyni od stóp do głowy obrzucała zaraz wzrokiem, wszystkie plamki na kamizieli rachując, — łamała ręce i lamentowała: »A nacóż się moja praca przydała, a ty owalańcze, niechlujniku!« i t. d. Nie było wymówki, że się to niechcący, przypadkowo stało, musiało się wszystko przyjąć, bo się widziało, jaką ciężką pracę miała kobieta przy praniu tej kamizieli. I to każda prawie kobieta takie wymówki czyniła mężowi, i gdy się ich kilka zeszło, to przy każdej sposobności jedna do drugiej najwięcej się żaliła, że jej mąż »haniebnie kamizielę wala«.

Praktyczniejsze okazały się brunatne sukmany, które nastały po białych, podobnych do krakowskich. Taka sukmana z brunatnego sukna, dość ciepła, kosztowała 24 kor. austr., a nadawała się wszędzie, zarówno do kościoła, jak i do roboty. Gdy się zanieczyściła, wystarczyło ją kijem z kurzu wytrzepać i szczotką dobrze przeciągnąć, i znów była do użycia, a po kilku latach, gdy się z wierzchu włos wytarł, można ją było odwrócić na drugą stronę i jeszcze parę lat w niej chodzić. Była więc praktyczna i niedroga i dlatego obecnie więcej się jeszcze utrzymuje, niż kamiziela.

Niejeden wreszcie zrzucał ubiór włościański z tej przyczyny, że narażał go na złe traktowanie w urzędach, w podróży i t. p., a gdy się przebrał z miejska, już było lepiej, i każdy mu powiedział »panie«.

Bo i teraz jeszcze według ubrania robi się różnicę między ludźmi i dzieli na panów i niepanów. Do tego, co ubrany po włościańsku, choćby to był poważny i światły gospodarz, mówi się zwyczajnie »wy«, a takiego, co ubrany z miejska, tytułuje się »pan«. Wprawdzie są tacy, którzy się nie gniewają, że się do nich tak lub owak mówi, — ale niejeden nie okazuje tego po sobie, chociaż obraża się w duchu, a niektórzy wypraszają sobie poniżające traktowanie ich. — Byłoby ważną rzeczą, żeby usunąć te różnice w odzywaniu się do ludzi. Mogłoby pozostać »wy«, jak jest na wsi powszechnie przyjęte, — ale niech się mówi do wszystkich przez »wy«, niech nie będzie panów i niepanów, a to znacznie przyczyni się do tego, że zniknie u nas przedział głęboki między warstwami, a nastanie większa jedność i spójność w narodzie.

Zdaje się, że znikające dziś stroje wiejskie jeszcze odżyją i będą noszone, zwłaszcza jeżeli są praktyczne i ładne, — ale już nie jako strój »chłopski«, poniżający, — ale polski, narodowy, używany szczególnie na święta i uroczystości.

Ja sam przechowuję kamizielę do dziś dnia, jak najdroższą pamiątkę i ubieram się w nią na uroczystości dla zaszczytu, że jestem włościaninem, zwyczajnie zaś chodzę w sukmanie brunatnej, którą bardzo sobie chwalę, a zresztą postępuję za ogólną modą i na codzień noszę krótkie ubranie, powszechnie dziś używane.

Również wesela i inne zabawy uległy ogromnej odmianie, a to jest dobre, że obecnie mniej na nie traci się czasu niż dawniej. Np. co do wesel, u mnie jeszcze na pierwszem w r. 1891 czterdzieści fur jechało do ślubu, wesele trwało prawie cztery dni i kosztowało około 500 złr., — ale choć wydatek był wielki, niepodobieństwem było na tak tłumnych zabawach wszystkich należycie ugościć i ukontentować. Jedno z ostatnich wesel, jakie sprawiałem w r. 1909, było już całkiem odmienne, bo brały w niem udział tylko najbliższe rodziny i trwało wszystkiego pół dnia. Według mnie wesela im krótsze, tem lepsze, bo usuwa się przez to jedną z przyczyn, które chłopów rujnują i niszczą.

***

Ostatnie wielkie przemiany sprowadziła wojna światowa i powstanie Państwa Polskiego. Po wielkiej wojnie w niepodległem państwie lud uzyskał większe prawa i większe znaczenie, jak również wyrobił w sobie silniejsze poczucie polskie i miłość ojczyzny, widać też u ludności polskiej większy pochop do handlu, który przedtem był ze strony naszej zupełnie zaniedbany, oddany w obce ręce. Obecnie też za rządów polskich władze państwowe więcej działają na korzyść ludu uwzględniają jego potrzeby i żądania.

***

Z treści tych »Pamiętników« można osądzić, co w przeszłości było dobrego i powinno być zachowane i rozwijane, a co było złego i powinno być wypleniane i poprawiane.

Dobra była naprzykład dawniejsza prostota i poprzestawanie na małem w życiu codziennem, a więc w pożywieniu, odzieniu, w urządzeń mieszkania, w obyczajach,— i lepsze to było od tych wielu grymasów i tego wprost rozpasania, jakie się dzisiaj w życiu spotyka.

Dobre było, że istniał przemysł swojski, bogato rozwinięty, który zaspokajał potrzeby lud i który należało tylko pielęgnować i udoskonalać, ażeby kraj sam sobie wystarczał. I lepsza to było niż sprowadzanie wytworów przemysłu od obcych i zadłużanie się wobec zagranicy.

Dobre było zachowywanie różnych starych zwyczajów, obrzędów, złączonych z świętami dorocznemi, z weselami i tp.,— zwyczaje te bowiem i obrzędy były ładne i pamiątkowe, umilały uroczyste chwile i podnosiły ich ważność. Powinny więc być zawsze szanowane i strzeżone jako skarb duchowy, przekazany przez poprzednio pokolenia.

Dobre było dawniej życie religijne, która opierało się na przykazaniach Bożych i kościelnych. Kazań w niedziele i święta pilnie wówczas słuchali i powtarzali je w domu tym, którzy nic mogli być w kościele. Dzieci i sługi, gdy szły do spowiedzi wielkanocnej, przepraszały ze łzami o oczach rodziców względnie opiekunów za wszelkie wobec nich uchybienia i prosiły o przebaczenie, a ci błogosławili przepraszających i przed spowiedzią rzewną się z niemi żegnali. Również sąsiedzi, którzy gniewali się z sobą i żyli w niezgodzie, nim poszli do spowiedzi, zachodzili do siebie, przepraszali się wspólnie i na pojednanie całowali. Wszelkie posty były najściślej przestrzegane i nawet chory wzbraniał się i nie chciał postu złamać, chyba że mu lekarze lub ksiądz zalecił posilanie się mięsnemi potrawami. — Lepsze to wszystko było niż panosząca się dziś bezbożność i brak rygoru obyczajowego. — Dziś z upadkiem religijności wzmaga się liczba procesów sądowych i różnych zbrodni, dochodzi nawet do zamachów na księży i kościoły, co dawniej było prawie nie do pomyślenia. W ostatnim czasie pod Tarnobrzegiem tylko było kilka zbrodni tego rodzaju. I tak we wrześniu 1920 r. trzech drabów napadło w mieszkaniu na ks. Antoniego Rychla, proboszcza w Miechocinie, obrabowało go i pozbawiło reszty zdrowia tak, że wkrótce umarł. To znowu w listopadzie następnego roku młody chłopak zakradł się w nocy do kościoła w Miechocinie i skradł stamtąd trzy kielichy kościelne. O świętokradzkiej kradzieży w kościele OO. Dominikanów w Tarnobrzegu piszę na innem miejscu.

A że lud posiadał wogóle dużo cech dobrych, a szczególniej zdrowie moralne i cielesne, więc zdolny był do postępu, mógł przyswoić sobie liczne udoskonalenia i oświatę w różnych sprawach; mógł przetrwać wojnę światową i dojść do niepodległego państwa polskiego.

Gdyby mię kto zapytał, jakie w przeszłości pozostało jeszcze największe nieszczęście i zło, które lud włościański dręczy i gnębi, powiedziałbym, że alkohol, to jest, trunki, które go zawierają. Żeby tego nie było, toby się wszędzie ludzie lepiej mieli, nie byłoby tyle zbrodni, kryminałów, tyle procesów, sądów, policji, tyle chorób, szpitali, aptek i t. d., nawet tylu dziadów, bo ilu ich znam, to żaden ani za połowę tego, co uprosi, nie kupi sobie pożywienia, ale co dziś użebrze, to dziś przepije i ustawicznie plącze się po prośbie. Setki znałem ludzi zdrowych, majętnych, pracowitych, ale jak zaczęli popijać, to stracili zdrowie, majątek i w nędzy pomarli.

Słowem, gdyby nie ten przeklęty alkohol, to prawdziwie byłby raj na tym świecie, bo niema tego złego, coby nie wynikało z pijaństwa, i żadne pióro nie jest zdolne opisać nieszczęść z pijaństwa. Gdyby nie ono, to prędzejby też nastąpiła naprawa wszystkiego w życiu społecznem, bo z trzeźwym łatwiej możnaby się naradzić, porozumieć i coś zrobić. Ale u nas pociąg do napitku jest jeszcze tak wielki, że gdzie nadarza się sposobność wypić choćby tylko kieliszek, choćby szklankę za kilka groszy, tam przyjdzie wielu, na sucho zaś mało kogo można pociągnąć do jakiejś sprawy, — choćby ona była najlepszą i najważniejszą dla obecnych i przyszłych pokoleń.

Gdyby rząd skasował w kraju karczmy i szynki, to w kilku latach kraj stałby się bogaty: — ubyłoby wprawdzie rządowi dużo dochodów z podatków od alkoholu, ale też ubyłoby wiele rozchodów na kryminały, szpitale i t. d., i t. d. Wielu żyłoby drugi raz tyle, jak obecnie, i oświata w młodem pokoleniu prędzejby się podniosła, wiadomo bowiem, że dzieci, zrodzone z rodziców pijaków, są tumanowate i słabe robią postępy w nauce.

Pisząc to, wiem dobrze, że do zniesienia karczem nie przyjdzie, a przynajmniej nieprędko, bo jednym chodzić będzie o to, że straciliby zyski, a drugim o to, że bez alkoholu żyćby nie mogli. A zresztą, chcąc alkohol z kraju wypędzić. trzebaby większą część posłów zmienić i tylko takich zostawić i wybrać, którzy sami nie piją i wyborców nie rozpijają, i byliby za niesieniem szynków. A że to wszystko na razie za trudne i niemożliwe do przeprowadzenia (dobrze, że w państwie polskim przeprowadzono przynajmniej zamykanie szynków i karczem w niedziele i święta), więc sobie życzę, żeby to było zapisane przynajmniej w »Pamiętnikach«, — że póty na świecie dobrze nie będzie, póki społeczeństwo będzie pijane i wychowywać się w szynkach i karczmach.

Jak zapamiętałem w mojem życiu do dnia dzisiejszego, to prawie więcej, niż połowa realności włościańskich w Dzikowie, po ojcach odziedziczonych, przeszła w ręce innych, którzy od ojców nic nie dostali albo bardzo mało, a dzisiaj posiadają ładny majątek, że dla nich wystarczy do śmierci, i dzieci mają czem obdzielić. I taka zmiana dokonała się prawie w każdej gminie, a przeważnie dlatego, że jedni tracili gospodarstwa głównie przez pijaństwo i płynące z niego wady i nieszczęścia, a drudzy dochodzili do dobrobytu przez trzeźwość i cnoty z nią związane.

Również dwaj najzamożniejsi w Dzikowie gospodarze: Jan Sokół i Józef Szewc w ten sposób doszli do majątków. Pierwszy miał po ożenieniu się tylko domek z ogródkiem i chodził z siekierą na zarobek, — powoli jednak zaczął dokupywać gruntu po kawałku i z latami doszedł do tego, że miał 33 morgi najlepszej gleby. Drugi miał po ojcu 4 morgi, a dokupił więcej niż 15 morgów gruntu dobrego, pierwszej klasy. Wprawdzie wtenczas grunt był tańszy, ale też o pieniądze trudniej było, niż obecnie. Patrzyłem na to i mogę powiedzieć, w jaki sposób obydwaj się dorabiali: przedewszystkiem żadnego z nich nikt nie widział w szynku, żeby grosz na jaki trunek wydał, więc byli zawsze trzeźwi, nie byli nigdy karani, nie procesowali się, byli nadzwyczajnie oszczędni, pracowali co tylko sił im starczyło, i gospodarowali wzorowo.

A takich, co w ten sposób, jak oni, doszli do majątku, naliczyłby więcej, zarówno w Dzikowie, jak i w każdej innej gminie, tak w starszem, jak i młodszem pokoleniu. Inni może mniej nabyli, ale zawsze nabyli, jednakże tylko trzeźwością, pracą i oszczędnością, a przedewszystkiem trzeźwością.

***

Uważam wogóle, że złe obyczaje i szkodliwe nałogi są największym utrapieniem ludzkim i mam przeświadczenie, że różne grzechy a szczególnie główne, np. pijaństwo, rozpusta, zazdrość, sprowadzają więcej nieszczęść i biedy, niż jakieś niedomagania społeczne i gospodarcze. Szkoda więc, że różni działacze społeczni mało albo nawet wcale na to nie zwracają uwagi, a często tacy chcą przewodzić ludowi, którzy sami obarczeni są wstrętnemi wadami i nałogami.

W mojem przekonaniu największym skarbem człowieka są dobre obyczaje, i moralność, oparta na religji, w łączności z Istotą Najdoskonalszą — Bogiem. Na drugiem dopiero miejscu stawiam sprawy materjalne i uposażenie majątkowe. kto jest moralny i religijny, ten pójdzie dobrą drogą w życiu, zapewni sobie powodzenie i będzie się czuł szczęśliwy. Tam też, gdzie panuje powszechnie moralność na zasadach religji, rozwinie się dobre życie rodzinne, postęp w sprawach gospodarczych, społecznych, politycznych, — gdzie zaś brak takiej moralności i panuje wyłącznie przejęcie się sprawami materjalnemi, musi nastąpić upadek pod każdym względem i koniec wszelkiego postępu.

Należy przeto zawsze troszczyć się przedewszystkiem o ten duchowy, największy skarb człowieka i pomnażać go stale, a sprawy materjalne, a także społeczne, narodowe, państwowe dobrze się ułożą w myśl tej Boskiej nauki: »Szukajcież tedy naprzód królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a to wszystko będzie wam przydane«.

Ja sam w życiu byłem religijny i strzegłem zawsze przykazań Bożych, starałem się też dzieciom swoim dać wychowanie oparte na moralności religijnej i uważam, że im przez to dałem rzecz najważniejszą, jaką dać mogłem.

***

Na tem kończę. Starałem się wiernie podać to, co sam przeżyłem, na co patrzyłem, co od starszych słyszałem, — i przedstawić, w jakim stanie byli chłopi przed pół wiekiem, w jakim są obecnie i jaki w tym czasie dokonał się postęp. Może to natchnie czytającego jakąś dobrą myślą, doda zachęty do wytrwałej pracy u siebie w domu i do pracy społecznej, i może znowu niejeden z braci — włościan spisze swoje pamiętniki, i w ten sposób wzrastać będzie piśmiennictwo, tworzone przez włościan na pożytek ludu włościańskiego i całego narodu.